niedziela, 2 lipca 2017

Niewyrażalnie niewyobrażalna przypadkowość wszystkiego!

Bywają takie chwile, takie najczęściej nocne, a i tak najmniej spodziewane chwile, w których dopada mnie nagłe uczucie
NIEWYRAŻALNIE NIEWYOBRAŻALNEJ PRZYPADKOWOŚCI WSZYSTKIEGO(®*).
To są chwile krótkie jak jeden mały tik albo jedno małe tak – w zależności od tego, w co uda mi się przekuć uczucie
NIEWYRAŻALNIE NIEWYOBRAŻALNEJ PRZYPADKOWOŚCI WSZYSTKIEGO.
Chwila może być krótka jak mały tik, gdy się ją całą szczelnie wypełni straszną świadomością wielkiego chaosu i wielkich ograniczeń.
A może być krótka jak małe tak, gdy się ją wypełni zachwytem (na przykład zachwytem nad Bogiem albo wcale nie nad Bogiem, niech będzie pochwalona swoboda poglądów).

Zachwycanie się to bardzo przydatna umiejętność.
Ale nie zawsze tak łatwo jest zachwycić się
NIEWYRAŻALNIE NIEWYOBRAŻALNĄ PRZYPADKOWOŚCIĄ WSZYSTKIEGO.
Bo zachwycanie się tym obrazem świata, który znamy, to tylko jedna kwestia.
We Wszechświecie istnieje bardzo wiele źródeł zachwytu, dajmy na to: drzewa, poziomki, proszek do prania, szyby, ksylitol, dmuchawce, Islandia, organizacje charytatywne, Hamilton i niebo.
Można zachwycić się nawet widelcem albo wiatrakiem energetycznym.
Albo łyżką durszlakową.**

Ale czasem myślę sobie o wszystkich wariantach istnienia, które nie są zawarte w naszym świecie.
I myślę sobie, że wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej.
Ale nie tak inaczej, że fioletowe żyrafy hasałyby sobie po kosmicznych łąkach razem z małymi yeti.
Tylko tak inaczej, że nie można tego opisać w żadnym języku ani w ogóle w żaden znany nam sposób.
Tak właśnie niewyrażalnie niewyobrażalnie.

I wtedy myślę sobie o ograniczeniach naszego świata i naszego pojmowania, i o tym, że całe „wszystko” to właściwie tak mało, ale też o tym, jak nieprawdopodobne i niezwykłe to nasze „wszystko” jednak jest. Że układa się tak, a nie inaczej i istniejemy tak, a nie inaczej. I mam tę swoją chwilę na jedno tik-tak – jestem przytłoczona, ale potem udaje mi się spreparować sobie trochę zachwytu.


No a potem ta chwila w ogóle mija i powracam do normalnego trybu, w którym mój wyrafinowany umysł młodego intelektualisty skupia się na tak trudnych i zawiłych kwestiach jak na przykład patisony. O, jak ja lubię patisony.



*Z jakiegoś powodu jestem przywiązana do tego niezwykle fachowego terminu, dlatego postanowiłam zademonstrować Wam swoją biegłą znajomość klawiatury numerycznej i opatrzyłam go znakiem ochronnym.
** Miron Białoszewski, Szare eminencje zachwytu
Jakże się cieszę,
że jesteś niebem i kalejdoskopem,
że masz tyle sztucznych gwiazd,
że tak świecisz w monstrancji jasności,
gdy podnieść twoje wydrążone
pół-globu
dokoła oczu,
pod powietrze.
Jakżeś nieprzecedzona w bogactwie,
łyżko durszlakowa!

Piec też jest piękny:
ma kafle i szpary,
może być siwy,
srebrny,
szary - aż senny...
a szczególnie kiedy
tasuje błyski
albo gdy zachodzi
i całym rytmem swych niedokładności
w dzwonach palonych
polanych biało
wpływa w żywioły
obleczeń monumentalnych.