piątek, 24 marca 2017

Język mi kołowacieje, czyli o koncertach w liczbie dwóch i książkach w liczbie jednej [Kiepskie Metafory 2]

Nikogo chyba nie zdziwi, jeśli ten tekst:
a) rozpocznie nawiązanie do "Niefortunnych Zdarzeń";
b) będzie dość chaotyczny, ale przynajmniej entuzjastyczny.

Wioletka, Klaus i Słoneczko Baudelaire, bohaterowie osławionej serii, której tytułu z grzeczności nie wymienię, wiele w życiu przeszli. Na długiej liście ich nieszczęść, zawierającej takie pozycje, jak na przykład śmierć rodziców, prześladowania ze strony niegodziwego Hrabiego Olafa czy pan Poe, bankier, mimo dobrych chęci pomocny mniej od słoika majonezu (który również ma przecież dobre chęci) - znajduje się punkt dotyczący uczulenia na miętówki. Każde z rodzeństwa prezentuje inną reakcję alergiczną, jednak dziś chciałabym się zająć Klausem, którego język od kontaktu z cukierkiem puchnie, znacznie utrudniając komunikację. Czuję bowiem, że coś (poza, oczywiście, bujnym intelektem) mnie z nim łączy. Z Klausem, nie językiem. Konkretniej z Klausem, który zjadł miętówkę. Bowiem ja też mam problemy z wysławianiem się. Choć nie mam uczulenia na miętówki, i to nie mój język jest spuchnięty i skołowaciały, a mój umysł. Kiedy słowa nie chcą się lepić, można je oczywiście zostawić samym sobie, ale jeśli tego robić nie chcemy, nie pozostaje nic innego, jak ćwiczyć. Skołowaciały język należy rozgrzać i rozruszać, a tego nie dokonam inaczej niż poprzez pisanie. Dlatego opowiem Wam dzisiaj trzy historie. Jedna będzie o koncertach. Jedna o książce. Jedna o samej Otchłani. Zapraszam.