wtorek, 5 września 2017

Bakłażan, bakłażan

Wakacje dobiegły końca (nie mogę powiedzieć, że szanuję takie zachowanie. Ja nie szanuję biegania ani trochę). Życie szkolne i pozaszkolne zdaje się nie należeć do najsubtelniejszych, bo buchnęło mi prosto w twarz i zupełnie nieoczekiwanie (co nie świadczy o mnie najlepiej, bo ostatecznie nie tak trudno się połapać, że wraz z rozpoczęciem się szkoły rozpocznie się... szkoła).
I, słuchajcie, eksperymentalnie zawieszam bloga.
Ale tak eksperymentalnie.
Po pierwsze dlatego, że na razie wygląda na to, że przynajmniej do grudnia będę cierpieć na ciężki przypadek niedoboru czasu. Po grudniu może będzie lepiej, ale to się okaże. Jak wiadomo, nie grzeszyłam nigdy regularnością w dzieleniu się ze światem swoimi obsesjami, ale mimo wszystko czułam moralny obowiązek, by to od czasu do czasu uczynić. Znaczy się podzielić. Wiecie. I na razie muszę z siebie ten obowiązek zdjąć. I mówię to oficjalnie, żeby nie było tak żałośnie pustawo i przykro, i smutno, i zapyziale. (Nie ma takiego słowa).
Po drugie dlatego, że paradoksalnie zamierzam pisać coraz więcej i w ramach swoich możliwości coraz lepiej. Publikując na Otchłani zapewniam sobie co najmniej iluzję anonimowości, w której generalnie nie ma nic złego. Ale czuję, że muszę popracować nad sobą na tyle, by pisać rzeczy które mogę pokazać każdemu i się ich nie wstydzić (a wiedza o istnieniu Otchłani jest wiedzą tajemną, tylko dla elity, która musi poza tym tolerować moje umiłowanie do Top Model i High School Musical). Więc popracuję - a wtedy pewnie tu wrócę. No bo głupio żeby taka Otchłań zagasła gdzieś w smutku i samotności. Plus prędzej czy później zmusi mnie do tego skłonność do nadmiernej ekscytacji odkryciami wszelkiego rodzaju.
I to jest bardzo eksperymentalne, bo może się okaże, że nie wytrzymam i po prostu muszę, muszę, muszę! opowiedzieć komuś o Ricku i Mortym (obejrzyjcie Ricka i Morty'ego), Wesie Andersonie (obejrzyjcie Moonrise Kingdom i Grand Budapest Hotel), Salingerze (ale do tego muszę jeszcze zdobyć i pochłonąć dziarsko 9 opowiadań) albo rozczarowaniu najświeższą książką Carrie Hope Fletcher (jeśli przypadkiem mieliście na oku All That She Can See, to lepiej to oko spuście w zażenowaniu. Z drugim, z troski o Waszych towarzyszy, polecam uczynić to samo). I wtedy tutaj wpadnę dziko, tak jak teraz wpadły na mnie tysiące zajęć.
No, ale na razie sprawdzam, jak się czuję nie mając takiej Otchłani do publikacji. Oczywiście będę czytać wszystko, co czytałam dotąd (albo więcej!) i w miarę możliwości komentować. Tak tylko mówię.
Jak mawiał Samozakis z Efezu, nie ma lepszego symbolu najlepszych życzeń (na przykład udanego roku szkolnego) nad bakłażana. Albo bakłażany dwa.

niedziela, 2 lipca 2017

Niewyrażalnie niewyobrażalna przypadkowość wszystkiego!

Bywają takie chwile, takie najczęściej nocne, a i tak najmniej spodziewane chwile, w których dopada mnie nagłe uczucie
NIEWYRAŻALNIE NIEWYOBRAŻALNEJ PRZYPADKOWOŚCI WSZYSTKIEGO(®*).
To są chwile krótkie jak jeden mały tik albo jedno małe tak – w zależności od tego, w co uda mi się przekuć uczucie
NIEWYRAŻALNIE NIEWYOBRAŻALNEJ PRZYPADKOWOŚCI WSZYSTKIEGO.
Chwila może być krótka jak mały tik, gdy się ją całą szczelnie wypełni straszną świadomością wielkiego chaosu i wielkich ograniczeń.
A może być krótka jak małe tak, gdy się ją wypełni zachwytem (na przykład zachwytem nad Bogiem albo wcale nie nad Bogiem, niech będzie pochwalona swoboda poglądów).

Zachwycanie się to bardzo przydatna umiejętność.
Ale nie zawsze tak łatwo jest zachwycić się
NIEWYRAŻALNIE NIEWYOBRAŻALNĄ PRZYPADKOWOŚCIĄ WSZYSTKIEGO.
Bo zachwycanie się tym obrazem świata, który znamy, to tylko jedna kwestia.
We Wszechświecie istnieje bardzo wiele źródeł zachwytu, dajmy na to: drzewa, poziomki, proszek do prania, szyby, ksylitol, dmuchawce, Islandia, organizacje charytatywne, Hamilton i niebo.
Można zachwycić się nawet widelcem albo wiatrakiem energetycznym.
Albo łyżką durszlakową.**

Ale czasem myślę sobie o wszystkich wariantach istnienia, które nie są zawarte w naszym świecie.
I myślę sobie, że wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej.
Ale nie tak inaczej, że fioletowe żyrafy hasałyby sobie po kosmicznych łąkach razem z małymi yeti.
Tylko tak inaczej, że nie można tego opisać w żadnym języku ani w ogóle w żaden znany nam sposób.
Tak właśnie niewyrażalnie niewyobrażalnie.

I wtedy myślę sobie o ograniczeniach naszego świata i naszego pojmowania, i o tym, że całe „wszystko” to właściwie tak mało, ale też o tym, jak nieprawdopodobne i niezwykłe to nasze „wszystko” jednak jest. Że układa się tak, a nie inaczej i istniejemy tak, a nie inaczej. I mam tę swoją chwilę na jedno tik-tak – jestem przytłoczona, ale potem udaje mi się spreparować sobie trochę zachwytu.


No a potem ta chwila w ogóle mija i powracam do normalnego trybu, w którym mój wyrafinowany umysł młodego intelektualisty skupia się na tak trudnych i zawiłych kwestiach jak na przykład patisony. O, jak ja lubię patisony.



*Z jakiegoś powodu jestem przywiązana do tego niezwykle fachowego terminu, dlatego postanowiłam zademonstrować Wam swoją biegłą znajomość klawiatury numerycznej i opatrzyłam go znakiem ochronnym.
** Miron Białoszewski, Szare eminencje zachwytu
Jakże się cieszę,
że jesteś niebem i kalejdoskopem,
że masz tyle sztucznych gwiazd,
że tak świecisz w monstrancji jasności,
gdy podnieść twoje wydrążone
pół-globu
dokoła oczu,
pod powietrze.
Jakżeś nieprzecedzona w bogactwie,
łyżko durszlakowa!

Piec też jest piękny:
ma kafle i szpary,
może być siwy,
srebrny,
szary - aż senny...
a szczególnie kiedy
tasuje błyski
albo gdy zachodzi
i całym rytmem swych niedokładności
w dzwonach palonych
polanych biało
wpływa w żywioły
obleczeń monumentalnych.

poniedziałek, 8 maja 2017

Afro markiza Marie-Josepha Paula Yvesa Rocha Gilberta du Motier de Lafayette, czyli pięć komentarzy do Hamiltona

Zdaje się, że kiepsko u mnie ostatnio z kreatywnością. Niedawno pisałam o YouTubie. Znowu. A dziś piszę o musicalach. Znowu.

Ja jestem z tych dziwnych kreatur, co bardzo łatwo się zapalają i niestraszny im dziki entuzjazm, i jeśli coś im się spodoba, odczuwają bardzo przykrą dla ludzi wokół potrzebę mówienia o tym na okrągło. W takich momentach blog okazuje się zbawieniem. (Drodzy ludzie wokół - gdy następnym razem dopadnie mnie Szał Dzikiego Entuzjazmu, zachowam go w swym sercu, a potem wypuszczę na wolność w Otchłani. Drodzy ludzie w Otchłani - przygotujcie się na to).



Szał na Hamiltona trwa już ładnych parę lat, jednak o jego istnieniu dowiedziałam się zaledwie kilka miesięcy temu i potrzebowałam kolejnych kilku, by się do niego przekonać. Sama koncepcja brzmi ciekawie i ryzykownie zarazem - biografia jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, Alexandra Hamiltona, opowiedziana rapem. Pewnie znawcy tematu rzekną, że jest to rap mało wymagający (takim istotom, nim jeszcze wszystko przesądzą, polecam Guns and Ships. Ja tam zrywam dramatycznie czapkę z głowy własnej i głów cudzych. Moim zdaniem chyżo. I to z francuskim akcentem, u licha!), mnie jednak, muszę to przyznać, satysfakcjonuje w pełni.

Powiem szczerze - na początku, po przesłuchaniu kilku kawałków, uznałam, że to nic specjalnego (co teraz wydaje mi się dość dziwne, bo pierwsza z najpierwszych piosenek, o wymownym tytule Alexander Hamilton, jest akurat chyba jedną z lepszych. Ma chór, umówmy się. Chór dodaje plus dziesięć do dramatyzmu). Żadnych ciar, żadnych dreszczy, żadnej niepohamowanej chęci wykonania szalonego tańca, żadnych łez, no nic po prostu (bo ja tam lubię gwałtowne doznania i wzruszenia, wiecie). Zewsząd jednak łypały na mnie z jutubowych zakamarków medleye i mashupy, które ciężko było lekceważyć. No i wreszcie natrafiłam na Wait for it, a że i tam udziela się chór, to w końcu coś drgnęło. Przesłuchałam raz. Przesłuchałam drugi raz. Przesłuchałam jakiś siedemnasty raz i uznałam, że dobrze. Wymagany poziom lekko kiczowatego dramatyzmu został osiągnięty. Jedziemy z tym koksem.

Moim zdaniem urok i wartość Hamiltona dostrzec można jedynie po odsłuchaniu całej ścieżki dźwiękowej od początku do końca. Każda piosenka przechodzi płynnie w kolejną, a wszystkie tworzą jedną spójną całość, całość złożoną z konkretnych, przewijających się przez oba akty motywów. Zapoznanie się z soundtrackiem od deski do deski pozwala życiowym przegrywom, którzy naprawdę mają ochotę słuchać jakichś ludzi rapujących przez dwie godziny o ojcu założycielu Stanów słuchaczom przyswoić sobie te motywy, tak by móc następnie szastać nimi na prawo i lewo, czynić na ich temat błyskotliwe uwagi oraz wskazywać je nowicjuszom z lekką pobłażliwością. Nie żeby one były jakieś trudne do wyłapania, no ale zawsze coś. Większości postaci przypisany jest co najmniej jeden, ale żongluje się nimi swobodnie zależnie od sytuacji. Mówię tu zresztą nie tylko o motywach muzycznych, ale i tych występujących w tekście libretta, z których najsłynniejszym jest chyba wers "I'm not throwing away my shot" z piosenki My Shot (te tytuły fascynują, wiem), występujący potem w wielu kawałkach i, co ważniejsze i bardziej interesujące, w wielu znaczeniach.

No właśnie. To, że Hamilton jest zgrabnym splotem pięknie przetwarzanych motywów to pierwsza sprawa. Drugą jest libretto, którego autor, a zarazem kompozytor i odtwórca głównej roli (dobry biznes), zacny człek o nazwisku Lin-Manuel Miranda, został za nie uhonorowany nagrodą Pulitzera. Zdarzają się tam fragmenty, które pewnie trochę pozostawiają do życzenia (partia Lafayette'a w My Shot), ale też takie, które mnie osobiście powalają (monolog Hamiltona, również w My Shot - niepokorna z tego My Shot pieśń). Znajdziemy tu, jak na teksty rapu przystało, kalambury i gierki słowne. Gierki słowne! A mnie naprawdę można bardzo łatwo kupić gierkami słownymi. Oj, łatwo. I nawet eufonie są (przynajmniej ja się ich dopatruję, choć może przesadzam. Lubię się dopatrywać).

Trzecia ciekawa kwestia związana z tym musicalem to postaci. Przede wszystkim liczę na to, że twórca przyjmie Bukwy Ukłony Szacunku za to, że nie uległ realiom historycznym i napisał kilka mocnych utworów kobiecych. Łatwo byłoby przy okazji pisania o osiemnastowiecznym polityku zupełnie pominąć postaci płci pięknej, które w tamtych czasach pozostawały raczej w cieniu. A jednak - są. Są i to zbudowane wnikliwie, zwłaszcza jak na musical. Zresztą wszystkich ważniejszych bohaterów można określić jako zbudowanych wnikliwie, co jest jedną z większych zalet Hamiltona. Oczywiście na pierwszym planie mamy Alexandra, szlachetnego i oddanego sprawie, ale wiecznie zajętego pracą i popełniającego błędy (a konkretnie jeden, feralny, ach!), oraz jego głównego rywala politycznego, Aarona Burra, oportunistę trawionego przez zazdrość - ale przecież nie do końca bezdusznego, czego dowodem Wait for it i przede wszystkim przedostatnia piosenka, The World Was Wide Enough, osiągająca apogeum dramatyzmu, a więc to, co tygryski lubią najbardziej.

To, co też w tym musicalu obiektywnie niezwykłe, to oryginalna broadwayowska obsada, złożona wyłącznie z osób nie-białych (niebiałych? Nie białych? W każdym razie z Afroamerykanów, Latynosów, Azjatów i tak dalej). Zabieg jest interesujący, bo w sposób rażący wizja Alexandra Hamiltona z Portoryko, pojedynkującego się z czarnym Aaronem Burrem, nie zgadza się z prawdą historyczną. No i to afro markiza Marie-Josepha Paula Yvesa Rocha Gilberta du Motier de Lafayette. Tylko że to jest opowieść o Ameryce, o jej początkach, i w gruncie rzeczy sprytne i nieoczywiste jest ukazanie kontrastu pomiędzy tym, co było kiedyś (przez samą fabułę), a tym, co jest w Stanach dziś (wielokulturowość). Nie jestem zwolenniczką tego, by biali nie byli dopuszczani do castingów (nie jestem pewna, jak to wygląda, ale jeśli tak jest, to wolę przezornie zaznaczyć), to przeczyłoby samej idei wielokulturowości - ale zabieg doceniam, bo to też jest, z tego co wiem, coś nowego. Zastanawiam się, jak sprawdzi się w przyszłych latach i czy się utrzyma.

No i wreszcie rzecz ostatnia. Hamilton ma jakiś niewiarygodnie rozbudowany fandom. Szczerze mówiąc trochę mnie on odstraszył na początku - to chyba pierwszy raz, gdy fandom mnie odstraszył! Powstają szalone shipy. Powstają szalone memy. Powstają szalone parodie. Powstają szalone teledyski do różnych utworów z Hamiltona, w których grają istoty ludzkie z przyczepionymi do twarzy wielkimi zdjęciami pokerfejsa Lina-Manuela Mirandy (polecam serdecznie). I te wszystkie rzeczy, muszę to przyznać, mogą nie brzmieć zbyt zachęcająco. Jednak powstaje coś jeszcze, czego jestem za to sporą fanką, a mianowicie animacje. Z braku filmu czy możliwości obejrzenia transmisji z teatru (o samym spektaklu na żywo nie wspominając) lekko zdesperowani, ale za to pracowici fani robią co mogą. Moim faworytem? faworytką? jeśli o animacje do piosenek chodzi jest szin, propsy za fajne podpisy przy obrazkach. Szin jest również, (nie)stety, jednym z chyba najbardziej zagorzałych zwolenników swatania Hamiltona z Johnem Laurensem, mężem stanu i abolicjonistą. Z jednej strony - kusi, oj, kusi (ja jestem swatką z powołania), z drugiej - to przecież postaci historyczne, motyla noga! Jak się do tego ustosunkować? Na początku strategicznie unikałam tematu, ale odkąd ostatnio odkryłam, że na podstawie korespondencji Hamiltona i Laurensa niektórzy biografowie formułują hipotezę o ich więcej-niż-przyjacielskiej relacji, nic już nie jest takie samo. A szin tylko wszystko pogarsza tymi swoimi animacjami. Czy rysunkowy Laurens naprawdę musi rzucać rysunkowemu Hamiltonowi te spojrzenia jak gwiazdy? No naprawdę?! No aż chce się mieć złamane serce, a z drugiej strony te postaci historyczne od siedmiu boleści!

No. Emocje są, jak widać.

Podsumowując, oto pięć kwestii, które chciałam poruszyć. Hamilton jako zgrabny splot pięknie przetwarzanych motywów - jest. Bardzo dobre libretto - jest. Złożone postaci (w tym kobiece!) - są. Słówko o wielokulturowej obsadzie - jest, dziki fandom - jest. Trzy pierwsze kwestie mogą od biedy służyć jako zachęta do zapoznania się z dziełem, którego tytułu nadużywam, bo żeby było wygodniej jest nazwiskiem głównej postaci, tak, do pana mówię, panie Miranda!, dwie pozostałe już niekoniecznie, ale wciąż uznaję je za całkiem interesujące. Po prostu musiałam to wszystko napisać. Oczyszczenie, te sprawy.

Hamilton, choć moim najulubieńszym musicalem nie jest i pewnie nie będzie, utorował sobie drogę do Bukwy serca (a wszystko przez te gierki słowne). Bo mi się podobają teksty. I bity. I krytyka oportunizmu, i apoteoza honoru. I musiałam o tym opowiedzieć.


Kłaniam się i pozostaję Wam wierna, 
Bukwa.

wtorek, 18 kwietnia 2017

YouTube to nie sernik

Dyskusje o rodzynkach w serniku. Może nie są w stanie pobić tych o właściwym sposobie otwierania banana (#tylkoodstronyzdzyndzlem #nigdyodczarnego #mistrzhasztagów), ale nie można im odmówić potencjału. Walczące ze sobą frakcje - Sympatycy Rodzynek i Ludzie, Którzy Mają Rację - są zdeterminowane i gotowe nie tylko wznieść się na wyżyny retoryki, ale w razie potrzeby stosować bardziej bezpośrednie środki w imię świętej sprawy.
Cóż, zbiór moich ulubionych ludzi YouTube'a nie jest moim ulubionym sernikiem.
Znalazłam rodzynka!
Ten wstęp zupełnie nie miał sensu, przepraszam.. Dla porządku przepraszam również wszystkich entuzjastów sernika z rodzynkami, jeśli poczuli się urażeni. Choć na ich miejscu lepiej bym się za siebie zabrała. 
(Przepraszam również za użycie formy "rodzynka" i "rodzynek" w jednym tekście. Ogólnie wolę "rodzynkę" w rodzaju żeńskim, ale z kolei wspomniany wyżej rodzynek jest młodzianem, toteż zdecydowałam się zaszaleć. A co).

piątek, 24 marca 2017

Język mi kołowacieje, czyli o koncertach w liczbie dwóch i książkach w liczbie jednej [Kiepskie Metafory 2]

Nikogo chyba nie zdziwi, jeśli ten tekst:
a) rozpocznie nawiązanie do "Niefortunnych Zdarzeń";
b) będzie dość chaotyczny, ale przynajmniej entuzjastyczny.

Wioletka, Klaus i Słoneczko Baudelaire, bohaterowie osławionej serii, której tytułu z grzeczności nie wymienię, wiele w życiu przeszli. Na długiej liście ich nieszczęść, zawierającej takie pozycje, jak na przykład śmierć rodziców, prześladowania ze strony niegodziwego Hrabiego Olafa czy pan Poe, bankier, mimo dobrych chęci pomocny mniej od słoika majonezu (który również ma przecież dobre chęci) - znajduje się punkt dotyczący uczulenia na miętówki. Każde z rodzeństwa prezentuje inną reakcję alergiczną, jednak dziś chciałabym się zająć Klausem, którego język od kontaktu z cukierkiem puchnie, znacznie utrudniając komunikację. Czuję bowiem, że coś (poza, oczywiście, bujnym intelektem) mnie z nim łączy. Z Klausem, nie językiem. Konkretniej z Klausem, który zjadł miętówkę. Bowiem ja też mam problemy z wysławianiem się. Choć nie mam uczulenia na miętówki, i to nie mój język jest spuchnięty i skołowaciały, a mój umysł. Kiedy słowa nie chcą się lepić, można je oczywiście zostawić samym sobie, ale jeśli tego robić nie chcemy, nie pozostaje nic innego, jak ćwiczyć. Skołowaciały język należy rozgrzać i rozruszać, a tego nie dokonam inaczej niż poprzez pisanie. Dlatego opowiem Wam dzisiaj trzy historie. Jedna będzie o koncertach. Jedna o książce. Jedna o samej Otchłani. Zapraszam.

czwartek, 23 lutego 2017

Zabójca stóp kontra zabójca nocny (potencjalny)

Gdyby miesiące były postaciami z „Koszmarnego Karolka”, to ten, który żegnaliśmy jeszcze całkiem niedawno, można by ze spokojem mianować Stresującym Styczniem. Ewentualnie Szybkim Styczniem, od biedy i Strasznym Styczniem, choć właściwie podobała mi się jego intensywność. A teraz, kiedy nadszedł (i niech nam długo panuje!) Leniwy Luty z feriami w bonusie, mam czas, aby trochę się pouzewnętrzniać w tej smutnej internetowej czarnej dziurze.
Za napięcie mojego styczniowego grafiku do granic możliwości odpowiada kilka instytucji, takich jak na przykład stare, dobre kuratorium oświaty. Łeb w łeb z nauką idzie jednak moja przyjaciółka i nemesis, droga do szczęścia i powód do płaczu, miłość i tortura! *uwaga, egzaltacja*czyli wiolonczela.

sobota, 4 lutego 2017

Nie oglądaj tego serialu

Uwaga! Słowa, których wyraźnie nadużywam w tym poście: seria, serial, seria, film, seria. I seria.
Bukwę, istotę mało wyrafinowaną, cechuje pewna właściwość. Z pozoru jest to właściwość niegroźna, jednak po dłuższym z Bukwą kontakcie staje się przekleństwem i może skutkować: zawrotami głowy, mdłościami, marzeniami o głuchocie, myślami samobójczymi i chęcią morderstwa. Uważajcie więc! Bo Bukwa, gdy tylko coś jej się spodoba, czuje się zobligowana, by o swym odkryciu bezustannie opowiadać. W dzień i w nocy. Szeptem i wrzeszcząc. Przyjaciołom i obcym. Rodzicom i nauczycielom. Listonoszom i dorożkarzom. Piekarzom i surferom. Wagabundom i agentom nieruchomości. Czytelnikom swojego bloga.
Przed państwem – słów wiele o „Serii Niefortunnych Zdarzeń”!
Jedna z ofiar monotematyczności Bukwy.