niedziela, 14 lutego 2016

Ostrzegam z góry i mówię: prywata. Dla czytelnika to tylko strata (pomimo śladowych ilości poezji [cudzej] oraz obecności mrówkojada).

Ekhem, tego. No.

Hej!

Być może, kiedy haniebnie milczałam siódmego dnia bieżącego miesiąca, łamiąc dane w poprzednim poście słowo skauta,  niektórych z Was zaczęły trapić myśli podobne do podanych niżej.

Trapiące myśli in re tajemniczego zniknięcia Bukwy:

1) Boże, nie żyje. Na pewno nie żyje.
2) Porwali ją kosmici!*
3) Porwały ją nędzne sługusy Hrabiego Olafa!
4) Ćwikła.
5) Porwał ją jakiś maniak i zmusza do gry na dudach na ulicach największych miast Nowego Brunszwiku!
6) Frajer. Zapomniała o blogu. Frajer do kwadratu.
7) Matko, nienawidzę jej.

A jednak! Zmartwię Was - mam się jak najlepiej, a mojej karygodnej nieobecności nie potrafię wytłumaczyć z użyciem jakichkolwiek zasad logiki ani dobrego wychowania.

Potencjalne usprawiedliwienie mojego zaniedbania:

1) Siódmy dzień bieżącego miesiąca stanowił dokładnie środek moich ferii zimowych, więc chyba rozleniwiłam się bardziej niż zwykle (co jest paradoksem! Bo właśnie miałam więcej czasu, żeby pisać! Teoretycznie! W sumie nie, ale... łohoho, jestem twórcą paradoksu! Może przykrego, może głupiego, ale chyba od razu widać, że nie ma błyskotliwszej istoty ode mnie w promieniu co najmniej dwóch metrów).

2) Miałam najzwyczajniej w świecie kłopot z tematem. Weny w ostatnim czasie nawet całkiem całkiem, zdarza się, że siaduję przy biurku i usiłuję coś klecić (wczoraj skończyło się na "Czasem chciałoby mi się napisać wiersz, ale szybko mi się odechciewa" oraz kilku miernych podobiznach Ofelii z Hamleta. I jednej Mojżesza. #artyzm przerobiłambazgrołnamojżeszazprawdziwegozdarzenia)

3) Popełnienie posta wcześniej, a samo opublikowanie w zamierzony dzień niestety również nie wypaliło, głównie dlatego, że przez większą część stycznia zajęta byłam nauką. I tutaj rzeknę nieskromnie, że opłaciło mi się, albowiem zdobyłam tytuł laureata konkursu języka polskiego. Yay!

W związku z powyższym post pojawia się dzisiaj, w rocznicę uruchomienia serwisu Jutub i urodziny Angela Di Marii (proszę zwrócić uwagę na zaskakujące podobieństwo do nazwiska matki Nica. Przypadek? Nie sądzę, oj nie), czyli czternastego lutego, czyli, proszę państwa, w Walentynki.

I teraz, kiedy już w tych kilku sążnistych akapitach zawarłam moje usprawiedliwienie, obawiam się, że Was zawiodę, albowiem post ten należy do tych spod sztandaru "Nie wiem o czym pisać, ale wypadałoby coś wstawić, ale przecież nie wiem o czym, ale to nie szkodzi, po prostu wstawię zdjęcie mrówkojada na koniec i wszyscy mnie pokochają". W ostatnich dniach i tygodniach poczyniłam niewiele.

Prywata:
1. Uczyłam się długo i namiętnie.
2. Przeczytałam "Olivera Twista", wobec którego żywię mieszane uczucia. Prowadzenie narracji absolutnie zacne, ale trochę zbyt nacechowane emocjonalnie, przez co w moim odczuciu postaci były haniebnie etykietkowane jako "dobre" lub "złe". A tymczasem sympatycznych bohaterów znalazłam i po jasnej, i po ciemnej stronie mocy. Co czynić?
3. Dużo jadłam.
4. Nic się właściwie nie działo.

Doprawdy nisko już się stoczyłam, jeśli chodzi o jakiekolwiek wartości moralne przedstawiane w postach. Może zarzucę na koniec jakimś cytatem (i mrówkojadem), no wiecie, takie drobne +10 do elokwencji. Albo wiem! Wierszem zarzucę. Mam zaszczyt zaprezentować/przypomnieć państwu jeden z mych ulubionych poematów autorstwa K. J. Gałczyńskiego. Tytuł tego znakomitego utworu brzmi O wróbelku.

O wróbelku

Wróbelek jest mała ptaszyna, 
wróbelek istotka niewielka,
on brzydką stonogę pochłania,
lecz nikt nie popiera wróbelka.

Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta,
że wróbelek jest druh nasz szczery?!

Kochajcie wróbelka, dziewczęta,
kochajcie, do jasnej cholery!

W związku z uderzająco niskim poziomem, jaki prezentuję ostatnimi czasy na łamach Otchłani, chciałabym zadać Wam nieco uwłaczające mej dumie, ale konieczne i grzeczne pytanie: czy myślicie, że jest coś, o czym taka Bukwa mogła by pisać w dobie komputerów i smartfonów!?

I, w roli wisienki na torcie, obiecany mimochodem obiekt mej dużej sympatii:


Wybaczcie mi tę przedłużającą się chwilę słabości. Niech Moc i Wena będą z Wami! I dużo miłości (co jak co, to Walentynki) życzy Wam
Bukwa

*Moja nowa wizja kariery na dzisiejszy dzień: psycholog zajmujący się osobami rzekomo uprowadzonymi przez obcych! (Chociaż spółka "Stylizowane krajalnice do jajek & sortowanie gwoździ & syn" to równie kusząca opcja).