czwartek, 15 października 2015

Z g(o)łębi mego serca płyną słowa te. Oł je.

 Oto jestem - Wasz syn marnotrawny. Ewentualnie córka. Bukwa Wasza marnotrawna.
Nim Wasze wspaniałe umysły zajmą się głębokimi refleksjami zawartymi w tym tekście, pozwolę sobie skierować uwagę Waszą na fakt, iż wykazałam się swoistym sprytem i zwiększyłam czcionkę. Dzięki temu krótkie posty będą wydawać się długie! Co prawda nie zmieni to poziomu obecnego w nich bezsensu, ale dobre i to. Pierwsze koty za płoty.
 Powiem Wam, że lepszy styl to ja miałam w czwartej klasie podstawówki. Teraz nie jest tak dobrze, moi drodzy. Smykałka literacka jakoś wypięła się na Otchłań i uzewnętrznia się jedynie w pisanych okazyjnie wierszach (są to tak niesamowite utwory jak "Chęć", traktująca o przemożnym głodzie, który był Bukwę dotknął razu któregoś, gdy czekała na swego ziomka, a był to ziomek płci żeńskiej, co warto podkreślić ze względu na brak formy żeńskiej wyrazu wyżej wymienionego; inne dzieło, pisane z innym z kolei żeńskim ziomkiem, opowiadało o Twixie zjedzonym na chemii przez tegoż ziomka oraz o przerażającym filmie, który puszczono nam całkowicie bezsensu, bowiem głośniki nie działały). Ba! Ostatnio nawet nachodziła Bukwę jakaś chętka, coby popełnić opowiadanie. A Bukwa opowiadań nie pisuje! A jeśli pisuje, to są to, moi mili, teksty słabe. Ot co. Pomyślcie więc, jakie było moje zdumienie, kiedy któregoś razu Wena przyszła i rzekła: "Pisz opowiadania, Bukwo!" Doprawdy, nie kłamię! W planach miałam nawet napisanie epopei (tym razem nie zamierzam się poddać!), jednak na razie skończyło się na lekko upośledzonym rozplanowaniu fabuły. Tak około trzy tygodnie temu.
 Niektórzy ludzie mają dar, który polega na tym, że zdania ich są przejrzyste, klarowne, zgrabne, a przy tym nie tylko nie tracą sensu, ale i zachowują charakter wypowiedzi, porywają, bawią, ciekawią, tu wstaw kolejne określenia. No wiecie. Słowa płyną z głębi, bla bla bla.
 Moje słowa może i płyną z głębi, ale raczej na tym koniec. Ja chyba nie mam takiego daru.
 No i co z tego?
 Nic!
 Albowiem jak powiedział poeta*: idźcie i piszcie, a z czasem wam wybaczą.

 Tutaj następuje moment, w którym dochodzi do stwierdzenia pewnych faktów i zaprezentowania pewnych ustaleń.
 FAKT #1: ilość podjętych zobowiązań silnie odbija się na strukturze, zwanej potocznie "moim wolnym czasem". Rozumiecie co chcę powiedzieć.
 FAKT #2: woda stanowi około 95% procent składu ogórka (dane sprzed trzech lat i z jakiejś szemranej strony o gotowaniu).
 USTALENIE #1: niniejszym ogłasza się, że "Otchłań internetu" stanowić będzie od tej pory miesięcznik.
 Postanowiłam nadać sobie jakiś rytm pisania, bo tu strasznie zapyziało, no i powinnam się jakoś rozwijać, czy jak to tam. Co tydzień to jednak za często. Co dwa tygodnie za rzadko. Co miesiąc to już tak rzadko, że właściwie nie ma różnicy - dlatego tę właśnie opcję wybrałam. Wyobraźcie to sobie - to jak zwykły blog z "[czytelniczymi czy jakimikolwiek] podsumowaniami miesiąca", tylko bez normalnych postów! Same podsumowania! No czy to nie jest iście męska decyzja? A w dodatku jaka błyskotliwa!
 Nie no, wybaczcie mi, ale po prostu trochę nie dam rady inaczej, a Otchłań zawiesić (co chyba już się zdarzało... a może nie?) to byłaby hańba i skaza na honorze.

Także luzik. Każdy ma jakiś talent. Ja umiem na przykład genialnie jeść.

 Swego czasu chwalebna Julia nominowała mnie do pewnego tagu - zrobię go (phi! Ja miałabym nie zrobić?), ale - uwaga! - wtedy, kiedy mnie do końca Wena opuści. Bo wyjawię Wam, że wbrew pozorom nie jest tak źle. Ten post nie powala może długością, ale też nie musi, no bo kto powiedział że musi? Tak, to ja, Bukwa, łamię schematy! Tak! Hurra! Gloria, chwała, kapusta! W każdym razie. Zamierzam pisać. Naprawdę pisać. Może nawet o czymś pisać, wtedy to dopiero będzie!
 Tak więc, nie wypełniwszy nominacji, nie wyrzekłszy słowa mądrego, zaprezentowawszy ustalenia i ostatecznie nadużywszy pretensjonalnych imiesłowów uprzednich, żegnam Was i przytulam wirtualnie,
Wasza Bukwa

*to był jakiś enigmatyczny poeta. A może nawet wcale go nie było.