poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Jak pisać w trzech zdaniach jak w dziesięciu zdaniach, albo spoczywaj w pokoju, Martho

Hej!

Och, ludu mój wielbiony i hołubiony! Oto ja, Bukwa marnotrawna we własnej osobie. Za napisaniem posta przemawiało tak wiele logicznych i rozsądnych argumentów, że w końcu uległam i zasiadłam do klawiatury pełna dobrych chęci. Słowem: yay!
Nieco rzuca się w oczy swego rodzaju burżujstwo Bukwy - te ciągłe jej podróże w daleki świat (tanie linie lotnicze pozdrawiają). Te wakacje były jednak całkowicie bezpretensjonalne, spędzone beztrosko na obozie harcerskim, nad jeziorem i w Trójmieście. Uwielbiam Trójmiasto (pozdrowienia dla Poli i innych Gdańszczan, Gdynian i Sopocian!), głównie za tych wszędobylskich i wszechmogących ulicznych muzyków. Duet akordeon & wiolonczela niezapomniany... Trafiła się też gitara & skrzypce, więc zdecydowanie, oj, zdecydowanie! nie mogę narzekać. Przed wakacjami byłam jednak w kraju mego kultu i języka mego kultu i pogody mej kultu i kultury mego kultu i kultu mego kultu pewnym kraju, całkowicie za granicą, zapewniam!, jak burżujsko, to burżujsko, wiadomo, w każdym razie było to tak niesamowite, że nadaje się na osobny post. Jak dotąd nie zebrałam się jeszcze na to, by to uczynić, albowiem:
1. Posty o tym, jak ich autor spełnił swoje marzenie, są żenujące. A ja nie lubię żenować ludzi.
2. Rzecz, o której mowa, jest absolutnym uosobieniem burżujstwa.
Ale może kiedyś o tym napiszę.
Na razie nie będę Was jednak raczyć łzawymi i naiwnymi opowiastkami nieznającego życia dziecięcia i postaram się wykazać się literacko w (wcale nie w LBA! Nominowała mnie co prawda Jess, za co ją wielbię, ale to dopiero kolejny post. O borze, planuję posty, jakiś postęp wreszcie) poście na temat książek, które miałam okazję przeczytać tego lata.
Wszystko profesjonalnie, bez zbędnych emocji, ma się rozumieć.
(Wakacje jeszcze trwają, ale te parę marnych godzin... och, to zaledwie mikroskopijny pyłek na odnóżu mikroskopijnej pchły na odnóżu yorka miniaturki w porównaniu z Bezdennym Bezmiarem Roku Szkolnego (BBRS) - w czasie któregoż, zaznaczam, zamierzam również czytać zachłannie i zajadle. Tak).
Podczas tych dwóch miesięcy (z czego jeden, ośmielam się wtrącić, spędziłam w dzikim buszu, całkowicie zaabsorbowana trudami harcerskiego żywota) przeczytałam
a) po raz absolutnie pierwszy: osiem powieści;
b) po raz drugi, ale z większą uwagą niż za pierwszym razem: dwie powieści (no dobra... powieść i dramat);
c) po raz drugi lub nie-wiadomo-który: wiele książek, których potem nie kończyłam, ale czytałam je z nudów lub w celu wspominania starych, dobrych czasów. W każdym razie one się nie liczą. Muahahaha.
Postaram się opisać każdą z pozycji umieszczonych w podpunktach b) i c), ale żeby nie było tak łatwo, zrobię co w mojej mocy, by skonstruować w tym celu jedynie trzy zdania. Trzy zdania do każdej książki, ma się rozumieć.
Ach, zapętlenie i chaos! Pod tym względem chyba niewiele się zmieniłam.
Zatem... zaczynamy (zauważyliście, drodzy Czytelnicy, że słowo to rymuje się samo ze sobą? za/czy/na/my? To jak ten wiersz Białoszewskiego... dobra, nieważne, już się doprowadzam do porządku)!

1. "W cieniu Pałacu Zimowego" pióra Johna Boyne'a.
Zamieszkały w Londynie rosyjski emigrant, Georgij Jachmieniew, wspomina swoją młodość spędzoną w Pałacu Zimowym za panowania cara Mikołaja II, gdzie był opiekunem i strażnikiem carewicza Aleksieja oraz (co tu dużo mówić, miłość jest piękna!) ukochanym księżniczki Anastazji. Lekko kulejące tłumaczenie i przewidywalne, czy wręcz oczywiste zakończenie równoważą fascynujące realia carskiej Rosji, jednak w porównaniu z inną książką Boyne'a, "Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa", "W cieniu Pałacu Zimowego" wypada znacznie gorzej. I nawet nie wiecie, jak irytujące jest nadużywanie imienia Georgij w wołaczu: "Georgiju, Georgiju, Georgiju! Smaż kiełbachę se na kiju!.

2. "Świadek oskarżenia" pióra Agathy Christie.
 Dwa fakty świadczą przeciwko tej książce: po pierwsze, niewybaczalna absencja Poirota; po drugie to, że mamy do czynienia ze zbiorem opowiadań, a nie z pełnokrwistą powieścią. Zawsze uważałam, że Christie lepiej idzie z powieściami niż z opowiadaniami, z kolei z Conan Doylem jest dokładnie odwrotnie. Większość tekstów nawiązuje do spraw dosyć mistycznych, w stylu duchów, nawiedzonych domów czy mediów, a najbardziej godne polecenia zdają się "Radio" i tytułowy "Świadek oskarżenia".

3. "Hobbit, czyli tam i z powrotem" pióra J. R. R. Tolkiena (uwielbiam to nazwisko! Jest takie magiczne).
Któż nie słyszał o "Hobbicie", zwłaszcza od czasów jego dość niefortunnej ekranizacji? Książkę tę czytałam po raz pierwszy w piątej klasie podstawówki, kiedy to uznałam ją za raczej nudną; teraz ogromnie mi się podobała i nauczyła mnie, że używanie średników czyni narrację bardziej płynną i dojrzalszą (czas poskromić te dzikie nawiasy!). Bądź pochwalony, konkursie kuratoryjny!

4. "Słodko-gorzka szesnastka" pióra Carrie Karasyov i Jill Kargman.
Laura chodzi do ekskluzywnej prywatnej szkoły dla bogatych dziewcząt, w której utrzymuje się dzięki stypendium, a obsesją każdej jej koleżanki jest zorganizowanie idealnych (i zazwyczaj niemożliwie ekstrawaganckich) szesnastych urodzin. Nasza bohaterka nie jest jednak tak pusta, materialistyczna i nadęta, o nie! - ciekawe tylko, co w takim razie robi w tej szkole... Książka wciągająca, napisana przyjemnym językiem, ale raczej naiwna, rozważająca głównie jedną stronę medalu.

5. "Dziady, cz. II" pióra Adama Mickiewicza.
I oto znów na scenę wkracza kurator/konkurs/kuratoryj/olimpiada/jak zwał, tak zwał. Swego czasu przedstawiałam na polskim fragment "Dziadów" przerobiony na musical, toteż dramat ten kojarzy mi się trochę dziwnie. Ale klasyka to w końcu  klasyka, no i przynajmniej nie tomiszcze na sześćset stron, a zgrabny i przyjemnie rymowany utwór.

6. "Czerwona królowa" pióra Victorii Aveyard.
Moje zainteresowanie tą powieścią obudziła Fanny Devin (ach, ten enigmatyczny Maven!), toteż zakupiłam ją i pochłonęłam. Nasza bohaterka, Mare (kto nazywa postać, w dodatku główną, "klacz"?!), żyje w świecie, w którym ludzi dzieli się ze względu na kolor krwi na biednych, niewykształconych Czerwonych i utalentowanych magicznie, uprzywilejowanych Srebrnych - wkrótce dostaje się na zamek królewski, gdzie zaczynają się jej kłopoty... *mrok, mrok, zaciekawienie, poruszenie na scenie, co będzie dalej, co będzie dalej!* Dla mnie Czerwona Królowa jest połączeniem "Niezgodnej", "Igrzysk śmierci" i "Rywalek" oraz "typową powieścią młodzieżową"; zamierzam jednak przeczytać kontynuację (która, a jakże, powstanie), bo nie wierzę, że pierwsza część mogła skończyć się w ten sposób (to przecież nie ma sensu!).

7. "Spryciarz z Londynu" pióra Terry'ego Pratchetta. Tytuł oryginalny: "Dodger". Nieprzetłumaczalne, a szkoda.
Trudno w to uwierzyć, ale to moja pierwsza powieść autorstwa sir Pratchetta. Zawarła w sobie jednak bardzo wiele akcentów, które wprawiają Bukwę w rozkosz (o ile da się wprawiać w rozkosz): Londyn, cockney, londyńskie ścieki, kochanego i sympatycznego głównego bohatera (!), londyńskie ulice, Dickensa, londyńskich uliczników, diabolicznego golibrodę z Fleet Street - Sweeneya Todda (tak, jest taki musical! ♥) oraz moją ulubioną postać, Żyda Salomona. Muszę koniecznie poczytać więcej Pratchetta (czas się zabrać za "Świat Dysku"), i koniecznie, koniecznie Dickensa.

8. "Wybrani" pióra C. J. Daugherty. Tytuł oryginalny: "Night School". Cóż.
 Rodzice wysyłają zbuntowaną Allie do tchnącej mhrockiem Akademii Cimmeria, która skrywa w sobie wiele tajemnic (gdyby nie ten mhrock, byłoby to najbanalniejsze zdanie w historii Otchłani). Wkrótce jedna z uczennic zostaje zamordowana, ale i tak nikt się tym nie przejmuje, a Allie powoli zaczyna odkrywać coraz to nowe sekrety Cimmerii i własnej rodziny. Młodzieżówka, ale trzyma w napięciu; początek długiej serii; bez magii, nadprzyrodzonych mocy, absolutnie vampire-free, za to z obowiązkowym trójkątem miłosnym.

9. "Przygody Piotrusia Pana" pióra J. M. Barrie'go.
Przeczytane w ramach projektu "Bukwa zapoznaje się z klasyką literatury dziecięcej, o której nie miała pojęcia, kiedy była... no, trochę mniejszym dzieckiem niż jest teraz". Opowieść o dzieciństwie i dorosłości, oraz o dzieciach, które, jak pisze Barrie, są "wesołe, niewinne i bez serca". Bardzo angielska, bardzo klasyczna, i pomimo tego, że Piotruś okazał się perfidnym zarozumialcem, bardzo przyjemna lektura.

10. "Morderstwo to nic trudnego" pióra Agathy Christie.
Z niezbadanych zakamarków mych regałów wygrzebałam nietknięty dotąd kryminał Christie, licząc na starego, dobrego Poirotka po lekkim rozczarowaniu "Świadkiem oskarżenia". Tymczasem i w tym przypadku nie dane mi było poczytać o Herkulesie - głównym bohaterem "Morderstwa..." jest bowiem Luke Fitzwilliam, który w pociągu spotyka pewną staruszkę jadącą do Scotland Yardu, a wkrótce dowiaduje się o jej nagłej śmierci. Chyba po raz pierwszy w życiu domyśliłam się, kto może być mordercą, grasującym bezkarnie w sielskiej wiosce Wychwood; wobec tego stwierdzam z żalem, że "Morderstwo to nic trudnego" nie należy do najbardziej udanych powieści Agathy (i tak ją kocham!).

Z powyższych danych wnioskujemy, że:
a) 50 % mojego lata to książki młodzieżowe (nie umiem sklasyfikować Boyne'a i Pratchetta, więc umieszczam ich tu);
b) 20 % mojego lata to kryminały;
c) kolejne 20 % mojego lata to brytyjska klasyka;
d) 10 % mojego lata to polska klasyka.
 Nie no, dobra, nie jest tak źle!

Już jutro rozpoczęcie roku rocznica śmierci ostatniego gołębia wędrownego o imieniu Martha, padł w ogrodzie zoologicznym w Cincinnati. Świat jest okrutny dla gołębi.*pełna szacunku i refleksji nad złem świata minuta ciszy*
No cóż, drogie istoty, wygląda na to, że czas kończyć to radosne słowoklecenie. Życzę Wam dobrego roku szkol... ee, znaczy, wszystkiego najlepszego, Joe (jutro są bowiem urodziny gitarzysty Fall Out Boy)!
Kocham cały świat (choć dla gołębi jest zły) i chciałabym tylko mieć wenę. I już nic więcej. Bo wiecie co? Ja już chcę do tej szkoły! Bo ja lubię się uczyć. I uwielbiam moją klasę. I jest mi fajnie. Więc niech Wam też będzie fajnie. Jołs.
Wasza aż po grób,
Bukiewka