piątek, 27 marca 2015

Dobry człowiek to martwy człowiek, albo śmierć zaniedbaniu bloga

Witaj ludu!

I oto zgadnij, ludu, czemu piszę dzisiaj posta.

*symulacja ludu*

ANONIM: (z nadzieją) Bo stęskniłaś się za uzewnętrznianiem się w internecie oraz spełnianiem się literacko?
INCOGNITO: (z jeszcze większą nadzieją) Bo stwierdziłaś, że w końcu usuniesz tego beznadziejnego bloga i chcesz się pożegnać?
NIEZNAJOMY: Bo chciałabyś ujawnić nam po tylu latach swoją prawdziwą tożsamość, to jest oznajmić, że tak naprawdę jesteś czterdziestoparolatkiem z Kuwejtu?
KRYPTONIM: Bo znalazłaś w sobie chociaż trochę ochoty, a w swoim grafiku chociaż trochę wolnego miejsca?
NINJA: (z wiarą) Bo masz niesamowitą wenę (przepraszam, Wenę! - przyp. Bukw.), natchnienie i jesteś niesamowicie czymś zainspirowana, i po prostu nie wytrzymasz, musisz się tym podzielić w jakimś intrygującym, ciekawym poście?
BUKWA: Tak właściwie, niektórzy z Was mają rację, drodzy przedstawiciele ludu. Na Wasze nieszczęście nie jest to Incognito, a na Wasze szczęście nie jest to Nieznajomy. Natomiast wypowiedzi pozostałe brzmią jak dla mnie całkiem sensownie, zwłaszcza ta Kryptonimu. Ale główny powód jest taki, że... (bierze głęboki oddech) dzisiaj jest (pauza; napięcie wzrasta) MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ TEATRU! (wiwatuje)

No bo pomyślałam sobie, że trochę szkoda by było, żebyś, ludu kochany, o tym nie wiedział (jeśli żeś rzeczywiście nie wiedział). Więc chciałam tylko powiedzieć. No.

Koniec

No dobrze, może nie kończmy tego tak szybko, coś Wam się jeszcze od Bukwy należy, zaniedbałam Otchłań, znowu, (tak, ja serio muszę się tłumaczyć i tak kluczyć w każdym poście), no. Więc... cóż, ostatnio dałam znak życia 6 marca, czyli dokładnie trzy tygodnie temu. W tym czasie trochę się wydarzyło, ale punktem kluczowym jest chyba dzień następujący po dniu opublikowania chwalebnego poprzedniego posta, czyli - uff - 7 marca. Czyli moje urodziny. Tak nieskromnie mówiąc.
Były to prawdopodobnie jedne z najbardziej zacnych urodzin na tym świecie, a przynajmniej tego dnia. Bo był teatr. Dłuuugie, długie, bardzo dobre przedstawienie, miłe ludziki wokół mnie, no i, wiadomo, prezenty (prezenty muszą być. Muszą.), a wśród prezentów - ach, ileż książek! *radosne uniesienie* No i nie tylko wśród prezentów, bo ostatnio jakoś podejrzanie dużo mi się tych lektur nazbierało w domu. Wracając do rzeczy, chciałabym się z Wam podzielić krótką listą moich niedawnych doświadczeń literackich (jest ich trzy w sumie, ale cóż). I nie, to wcale nie jest tak, że nie miałam lepszego pomysłu, skądże! No bo co. Ksionszki są fajne, ostatecznie.

1. "Folwark zwierzęcy" pióra George'a Orwella (nabytek własny w dziwnym małym sklepiku w obcej miejscowości - wyrzekłam się dla niego książki o kulturze i świętach żydowskich!)
Pewnie go spora grupka kojarzy (zwłaszcza że znajduje się na sławetnej już Liście BBC - kolejny tytuł do odhaczenia!). Pisząc "Folwark", Orwell nawiązywał do (przygotujcie się na rozbrajającą ogólnikowość) czasów ZSRR i te de, lecz Bukwa nie jest asem w historii, toteż konkretnych dat czy wydarzeń niestety Wam nie przytoczę. Mogę rzec jedynie, że ta książka - i to według samego autora - odnosi się ogólnie do wszystkich systemów totalitarnych, więc pozostaje aktualna. A mówiąc prościej: opowiada o zwierzętach, które w akcie buntu wyrzucają z farmy swego właściciela (pana?) i zaczynają nowe życie w republice. Wkrótce jednak okazuje się, że co prawda wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych. *tam tam taaaam*
Orwell ma pożądaną zdolność pisania językiem prostym i niechaotycznym (nie chaotycznym?), ale trafnym. Nie potrzebuje miliarda przymiotników i tysięcy nawiasów (pozdrawiam), ale potrafi ująć wszystko w słowa dokładnie tak, jak być powinno. Dodatkowo jego książka jest po prostu ciekawa sama w sobie. No i to klasyka. Czegóż chcieć więcej?

2. "Osobliwy dom pani Peregrine" pióra Ransoma Riggsa (prezent - a konkretniej dwa, dostałam tę samą książkę od dwóch osób, przypadek? nie sądzę)
To książka zupełnie z innej beczki. Mam tu na myśli, że jest zdecydowanie bardziej "typowo młodzieżowa". Ciągnęło mnie trochę do niej, bo lubię historie ze zmutowanymi dziećmi o ludziach, posiadających pewne nadprzyrodzone moce jak to brzmi. Miałam więc okazję do zapoznania się z Jacobem, którego tajemnicze historie dziadka o magicznym sierocińcu sprowadziły na małą walijską wyspę. No wiecie, mrok, samotność, owce, mokradła.
 
Pan Riggs i ja mamy pewną cechę wspólną. Obojgu nam zdarzają się pomysły na genialnych bohaterów, genialny świat i genialne zależności tego świata. Oboje też nie mamy pomysłu na rozkręcenie akcji i dopracowanie fabuły. Ale! Nie chodzi mi o to, że "Osobliwy dom..." jest książką nudną. Przeciwnie! Ma w sobie to coś, i to zdecydowanie. Chodzi mi o to, że nie ma tam właściwie jakichś powalających zwrotów akcji. Ale też i takich zwrotów akcji nie potrzeba, bo ta książka ma swój klimacik.
Z drugiej jednak strony ma też parę wad, których nie będę wyliczać, bo obiecałam sobie, że się nie rozpiszę i powiem tylko o ogólnych wrażeniach. A ogólne wrażenia są, mimo wszystko, pozytywne. Amen.

3.  "Jedwabnik" pióra Roberta Galbraitha
Mam deja vu. Pewnie się okaże, że już o tym pisałam, bo "Jedwabnik" czytałam już jednak dosyć dawno - ale oj. Najwyżej dwukrotnie sobie poczytacie o nim. Otóż. Robert Galbraith (a tak naprawdę *tajemnica poliszynela* J. K. Rowling) obdarzył czytelników kolejnym kryminałem z udziałem Cormorana Strike'a (czyt. detektywa) i jego asystentki Robin (czyt. Łotsona, ale ogarniętego). Lubię tę parkę (choć liczę, że nie nawiążą ze sobą miłosnej relacji. Byłoby dziwnie), lubię Rowling Galbraitha, a przede wszystkim - kocham kryminały. Ten był całkiem na poziomie, taki, jakiego w miarę potrzebowałam, choć nie tak dobry jak poprzednia książka ze Strikiem ("Wołanie kukułki"). Ale oj tam, oj tam. Jeśli więc zazwyczaj przypadają Wam do gustu:
a) książki J. K. Rowling;
b) książki detektywistyczne;
c) detektywi o dziwnych imionach, za to bez jednej nogi;
d) morderstwo, które zostało zaplanowane przez samą ofiarę, a przynajmniej wszystko na to wskazuje;
e) Londyn;
f) środowisko pisarsko-wydawnicze jako świat przedstawiony;
g) ogólne ogarnięcie książki...
... przeczytajcie "Jedwabnik"! Hurra! O tak! Juhuu!

Ach, nie przypuszczałam, iż krótki opis i wyrażenie opinii o zaledwie trzech książkach zajmie mi aż tyle czasu - serio, nie wiem co ja robię jak piszę te posty. Ech.

Na koniec chciałam Wam tylko powiedzieć, że jesteście super i zakrzyknąć: do następnego posta! Jupijajej!
Wasza B.

PS Pamiętajcie o nigdy niegasnącej epickości teatru.
 

piątek, 6 marca 2015

Beata D., znaleziska jutubowe, generalny bezsens i miszmasz - ale na końcu jest zdjęcie słodkiego bobaska.

Witajcie!

Jak co bystrzejsi z Was (no, czyli w sumie wszyscy) zdążyli zapewne zauważyć - Otchłań w ruinie. Weny nie rzucili. Znowu. Postanowiłam jednak wziąć się w garść i dobić chociaż do punktu przyzwoitości, czyli do jednego posta na tydzień. Zatem oto zaczynam! Yay!
Nawiedzają mnie od czasu do czasu szalone pomysły na posty, jednakowoż zazwyczaj umierają w kątach mej podświadomości, lub, co zabrzmieć może nieco mniej drastycznie - zapominam o nich. Zapominam je, właściwie. Cóż zatem czyni mądra Bukwa? Mądra Bukwa odwołuje się zatem do zdarzeń prawdziwych, autentycznych i jedynych w swym rodzaju całkiem, to jest do tego, co dzisiaj (tak, właśnie dzisiaj, ten post to świeżak! A co!) przeżyła. A co Bukwa dzisiaj przeżyła? No właśnie. Rzecz zdecydowanie wartą uwagi.
Nie, nie porwało mnie UFO i nie pokazało mi swojej planety ulepionej z plasteliny gdzie wszyscy jeżdżą na sokowirówkach.
Debata (anagramy: Beata D.; e, ta dba; Be, data!; synonimy: dyskusja, jestem za głupia na wymyślenie większej ilości synonimów, może rozprawka?; antonimy: bakłażan) jest to rzecz fascynująca. Mówiąc językiem prostym i zrozumiałym, dwie drużyny wykłócają się o coś w możliwie najbardziej cywilizowany sposób, zazwyczaj z użyciem aparatów gębowych (do mówienia, nie gryzienia wbrew pozorom). Przyszło mi dzisiaj być członkiem drużyny, która w debacie opowiadać się miała za wegetarianizmem - naszym wrogiem numer jeden została drużyna oponentów, reprezentująca postawę przeciwną. (Dla ogólnego rozjaśnienia sytuacji: wszystko to było debatą międzyszkolną: osoby chodzące na etykę - lub, właściwie, na religię i na etykę - z naszej szkoły + nasza publiczność kontra osoby chodzące na etykę z wrogiej matematycznej szkoły + około osiemdziesięciu widzów, także stamtąd. Wiem, te zdania są takie uporządkowane. Kończymy nawias). Przypadła mi zaszczytna rola Mówcy Pierwszego, w związku z czym raczyłam słuchaczy swym wywodem jako pierwsza. Na szczęście jakiejś wielkiej wpadki (no, może oprócz zostawienia notatek i zużytej chusteczki do nosa na mównicy) nie popełniłam (chyba), a według niektórych głosów mówiłam wręcz bardzo dobrze. Ach, szczęśliwe życie Mówcy Pierwszego, do którego aż tak bardzo się nie czepiają.
Następnie mówili kolejni Mówcy, przerzucali się argumentami, zgłaszali uwagi, zadawali pytania, chodzili w poszukiwaniu mikrofonów, jąkali się, rzucali sobie wrogie spojrzenia i świetnie się bawili! Hurra! Yay!
Niestety nasza drużyna przegrała (ale to była nasza pierwsza oficjalna debata w życiu, podczas gdy nasi przeciwnicy zaprawiają się w takich co miesiąc), ale i tak możemy nacieszyć się "nagrodami pocieszenia" w postaci dyplomów, smyczy na klucze i koszulek (będzie na pionierkę *muahahaha* [uwaga! dla mniej wtajemniczonych: pionierka = budowanie obozu). Ale i tak bardzo mi się podobało. Całkiem lubię dyskutować, lubię takie ćwiczenia dla umysłu, lubię patrzenie na ten sam temat z różnych perspektyw, lubię zaginać czasoprzestrzeń ludzi swoimi uwagami (chociaż nikogo za bardzo nie zagięłam, ale wyobrażam sobie to uczucie. Czasem mi się wydaje, że jestem zbyt wrażliwa, żeby tak kogoś shejcić, ale będę się wprawiać). I w ogóle lubię debaty.
Jednak jest też aspekt trochę mniej pozytywny, związany z samym tematem (przypominam: czy zwierzęta należy usunąć z naszego jadłospisu?). Wiecie, jednak jest trochę tych przemyśleń o człowieku i o naszej umierającej planecie. Mogłabym zarzucić dramatycznymi liczbami, ale wystarczy mi ich jak na jeden dzień. Jednak chyba zrozumiecie, o co mi chodzi, jeśli obejrzycie tę animację. Tę, o tu, pod spodem.

 
(Jeśli nie chce się odtworzyć:  https://www.youtube.com/watch?v=WfGMYdalClU Chociaż tak wygląda bardziej profesjonalnie.)

A skoro już jesteśmy przy ćwiczeniu wstawiania filmiku, oto prezentuję Wam dwa covery i dwa utwory coverem nie będące, ale za to jednej i tej samej istoty ludzkiej. Od czasu do czasu przemierzam bowiem jutuba, szukając różnych fajnych ludzi, a właściwie ich piosenek. Lubię takie na jeden instrument, ewentualnie trzy, z mikrofonami oklejonymi taśmą klejącą, leciutkie, wolne (nie w sensie tempa, ale w sensie całej reszty), i może nie jest to coś najambitniejszego, to mi jak najbardziej pasuje.
A zatem przedstawiam państwu...
FILMIK #1: cover
Oto prezentuję Wam młodocianą wokalistkę z harfą (za dziesięć lat, pamiętajcie, będę już grać na harfie! Ale wiolonczeli nie przebije): Anna McLuckie! Yay!

(Nieprofesjonalna mała czcionka: https://www.youtube.com/watch?v=hoda-sLt6fY)
Śmiesznie, że ktoś o nazwisku McLuckie śpiewa piosenkę "Get lucky", nie?
Anna ma nietypowy głos (trochę kojarzy mi się z Dolores O'Riordan, wokalistką The Cranberries, tych od "Zombie", wiecie. Emol cedur giedur dedur zawsze. *kod gitarzystów*), ma harfę i brzmi fascynująco. Czego chcieć więcej? Oryginał może się schować. Zaraz.. jaki oryginał? Co? Eee, jaki... co? Nie, żaden tam oryginał. To jest to. 
Jak widzicie, moja młodociana harfistka występowała w brytyjskim programie muzycznym, ale nie wiem co się z nią dalej stało. Szczerze wątpię, czy wygrała, i mogę to poprzeć argumentami (a gdy mówi to ktoś, kto właśnie wrócił z debaty, nie należy tego lekceważyć), ale chyba sami wiecie. To nie ten typ artystki (lub artysty w przypadku mężczyzny).

FILMIK #2: też cover
No wiecie. Fortepian. Wiolonczela. Piosenka, której oryginał, mimo iż nadużywany w radiu i ogółem, jest całkiem w porządku. A w ich wykonaniu... miodzio. 

(Nieprofesjonalna mała czcionka: https://www.youtube.com/watch?v=hoda-sLt6fY)
No dobra, przyznaję się, dla mnie wszystko co zawiera wiolonczelę jest dostatecznie dobre by dostać zaszczyt wstawienia na Otchłań, więc nie musicie tego komentować.

FILMIK #3: utwór własny i całkowicie autentyczny
A oto i Molly, dziewczę pochodzenia angielskiego jak mniemam, obdarzone również całkiem ciekawym wokalem, a dodatkowo fortepianem, gitarzystą i skrzypaczką (to może nie to samo co wiolonczelista, ale ujdzie). Występowała na... ach, jak głupio się przyznawać... zębami zgrzytam... na Eurowizji (uff), reprezentując Wielką Brytanię. *poznawanie nowych muzyków przez kiczowate programy - zawsze* 

(Nieprofesjonalna mała czcionka: https://www.youtube.com/watch?v=bK2ssKDAMvQ)
To jeszcze sprzed Eurowizji *tfu!*, właśnie z gatunku "napisałam piosenkę w wie godziny, przykleiłam mikrofon taśmą i jestem epicka". Jak mawia ludowe przysłowie, o gustach się nie dyskutuje, zatem powiem tylko: aj lajk it priti macz.

(Już wiecie co: https://www.youtube.com/watch?v=1QUr-yekSXY)
A to piosenka z Eurowizji w wersji akustycznej. Me serce podbite tą łódką i kapeluszem. ♥

Hm... taki to post trochę o niczym, mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza, ja bawię się całkiem dobrze.
A jutro są moje urodziny. Idęnahamletaidęnahamletaidęnahamletaidęnahamleta W związku z czym wybieram się na spektakl zatytułowany "Hamlet", i to z całkiem sporawą grupką przyjaznych istot ludzkich. No i po raz drugi: czego chcieć więcej?

No... więc cóż... w duchu tego posta napiszę rozmemłane zakończenie, że wiecie no, jak chcecie to napiszcie coś o debatach, albo o wegetarianizmie, opowiedzcie o swych muzycznych odkryciach (właśnie! Proszę mi tu paskudnie nie hejcić moich biednych znalezisk, jak ktoś pohejci paskudnie, to będzie mi przykro), obejrzyjcie animację, zastanówcie się nad światem, przeczytajcie "Władcę much" i bawcie się dobrze!

Kocham Was, ludki.
 Bukwa

PS Odkryłam, co będzie moim celem w życiu! Otóż zamierzam przeczytać wszystkie książki z listy BBC (czyli listy pozycji, które należy przeczytać przed śmiercią). jest dokładnie sto, ja przeczytałam już 16, 5 (ale "Folwark zwierzęcy" już kończę, więc wkrótce 17) pozycji. Oto, co chcę w życiu robić, amen.