sobota, 7 lutego 2015

Brace yourselves, czyli wielokropki melancholii i życie w ramach zasady (w)YOLO(nczela)

Witaj, ludu!

Kiedyś, może we śnie, ujrzycie Bukwę powożącą konnym orszakiem z wiolonczelą na (wiolon)czele i wrzeszczącą "Wio(lonczela!". A (wiolon)cze(la)mu? Bo (w)YOLO(nczela)!

Wreszcie doszła. Po wielu trudach z wypożyczalnią, zamawianiem i kurierem. Jak się okazało, siedziba wypożyczalni, którą podejrzewałam o stacjonowanie w mym rodzinnym mieście, okazała się mieścić w Bydgoszczy. Dlatego pozdrawiam oficjalnie Bukowinę i BonaVonTurkę vel Hipisa, albowiem to cudo przyjechało do mnie od Was, hurra! Pozdrowienia (specjalne Bukwiaste Pozdrowienia!) należą się przy tym również innym mieszkańcom Bydgoszczy, którzy są ninja i czytają, nie komentując. Bydgoszcz górą!

Moja wiolonczela ma dziwny, czerwonawy kolor i, jak określiła to moja nauczycielka vel mentorka, głuchy bas, ale kocham ją jak własną już od dwóch dni! A kalafonię (dla mniej wtajemniczonych - czysta żywica, którą nacierasz włosie smyczka. Czuję się tak kompetentna. #przemądrzałośćgórą #hasztagidołem) trzeba rozcierać, bo jest stwardniała - no, bo jej nie używałam wcześniej. Ale teraz mogę... jeju, to jest takie super. To chyba instrument mojego życia. Dziesięć lat później odkryję, że to drumla jest instrumentem mego życia, to dla mnie jasne, ale na razie cieszę się tym co mam. Ach, drumlo. Kocham jak wiolonczela wibruje przy pustej C. Kocham naciągać smyczek. Kocham te esofloresowe otwory rezonansowe (co za przyziemna nazwa!) piszę w nawiasach i je skreślam i ta mała czcionka, chyba wiolonczela się na mózgu zbyt mocno odbiła. Lecz nie po to się tu zebraliśmy, drużyno.

Zebraliśmy się tutaj, gdyż nadchodzi zima.





No dobra, dobra. TAG jest taki (tak jest, tagi). Nadchodzi zima. Ale jest o książkach - a książki sie tu kocha zdecydowanie! Za sprowokowanie mnie do popełnienia posta dziękuję Poli stąd --> tutaj paczajcie!



  1.   ŚNIEG - Kiedy spada na ziemię świat od razu robi się piękniejszy, ale gdy sypie zbyt długo, zaczyna być dla nas uciążliwy i denerwujący. Książka, o której zmieniłam/em zdanie podczas czytania to... 
"If I stay"/"Zostań jeśli kochasz" pióra Gayle Forman. Mówiąc szczerze, miałam co do tej książki wielkie nadzieje. Przyznam się, że zrobiłam rzecz niewybaczalną, oglądając film bez przeczytania jego pierwowzoru, ale mogę na swe usprawiedliwienie dodać, że nie wiedziałam, że tak mogę, bo zwyczajnie nie wiedziałam że takowy pierwowzór istnieje. A potem się dowiedziałam. I bardzo chciałam się z nim zapoznać. (No dobra, okej, bo występuje tam wiolonczela... jestem ostatnio bardzo monotematyczna). Więc się zapoznałam. No i cóż, było dobrze, zapowiadało się cudnie, ale w końcu z moich wielkich nadziei pozostały może nie smętne popioły, ale balonik, z którego uszła już połowa powietrza. Książka jest dobra, naprawdę. Ale nie taka, jak sądziłam że będzie. Zabrakło mi jakiejś iskierki w narracji, nie wiem. Pewnie gdybym czytała to kiedy indziej, bardzo by mi się podobało, tyle że tak wiele jest opowieści o miłości, dojrzewaniu i tak dalej.
Ale i tak bardziej radykalnym przykładem jest "Krew Olimpu" pióra Ricka Riordana. Mimo rozdziałów poświęconych prawie w całości jednej z moich ukochanych postaci (Nico, nie martw się, z tą wiolonczelą to tylko przyjaźń, nie odchodź) - zresztą w ogóle postaci są wielkim (jeśli nie jedynym) plusem całej serii o Olimpijskich Herosach - książka sama w sobie okropnie mnie zawiodła. Aż się w niej roi od błędów logicznych *tryb mądrala: on* i w ogóle! Ech. Przejdźmy dalej, nie chcę o tym wspominać. *chlip*




2.BAŁWAN- przyznajcie, że lepienie go z całą rodziną jest bardzo zabawne. Książką, którą mogłabym przeczytać z całą rodziną jest... 

 Poradnik "Jak się nie kłócić 24 godziny na dobę".
 Nie no, dobra, nie jest tak źle. Hm. Chyba z całą rodziną przeczytałabym jakąś książkę Agathy Christie z Poirotem, którego fanką jest nawet moja (dużo) młodsza siostra. Kto nie lubi Poirota? Co prawda nie wiem, jakim cudem mielibyśmy to razem przeczytać, ale raz się przecież żyje, no nie? O, fajna jest też "Dynastia miziołków" Joanny Olech, dla rodziny właściwie idealna. Są w niej momenty, które chociaż znam już na pamięć, i tak wywołują we mnie śmiech. *Bukwa przełamuje mhrok* Pozdrowienia dla Mamiszona, Papiszona, Kaszydła, Małego Potwora i oczywiście Miziołka!


3. ŚWIĘTY MIKOŁAJ - Jak wszyscy dobrze wiemy przynosi niesamowite prezenty. Książka, którą chciałabym dostać to...
"Never fade"/"Nie gasną" Alexandry Bracken. (No i jeszcze "In the afterlight", "In time" i "Sparks rise" tej samej autorki, cóż.) Jestem właśnie w trakcie pierwszej części jej trylogii "Mroczne umysły", czyli książki zatytułowanej o dziwo "Mroczne umysły". Chwilowo przeżywam szok związany z trafieniem na pozycję, która tak idealnie do mnie pasuje. Jest tam prawie wszystko co kocham: geniusze, siła umysłu, mistrzowscy bohaterowie, podróże minivanem, a nawet wzmianka o jednej z dwóch Najlepszych Powieści Tego Świata (no, czyli "Władcy much" - druga to "Zabić drozda". Nie spodziewaliście się, że taką ambitną literaturę Bukwa czyta, co? Też bym się nie spodziewała, sądząc po moim uwielbieniu do Nica.)! No po prostu czego chcieć więcej? Bardzo, bardzo, bardzo chcę przeczytać dwie dalsze części tej serii, i inne książki, które do niej nawiązują. A najlepiej w oryginale. Mój borze, jak dobrze o tym pisać. Aaaaaa! No ja nie mogę, te książki naprawdę do mnie przemawiają. Wołają: Bukwa, no weź, potem skończysz posta, a teraz choć i się dowiedz, dlaczego Uciekinier... ojć.


4. ŚNIEŻKA - Uderzenie nią boli i nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Książka, która wywołała we mnie silne emocje to... 

Prócz wyżej wymienionych pozycji oraz "Szukając Alaski" Johna Greena, ORAZ "Przepowiedni Dżokera" Josteina Gaardera", ORAZ "Oro" Marcela A. Marcela, ORAZ kwadryliona innych superpowieści: książki autorstwa Jacqueline Wilson. Było to w okresie sprzed lat paru, kiedy Bukwa nie była jeszcze Bukwą, albowiem Otchłań nie istniała (możecie to sobie wyobrazić? Ja, chociaż tak się ociągam z postami, chyba nie mogę). Spory dorobek Jacqueline Wilson przewijał się przez moje ręce za każdym razem, gdy odwiedzałam z babcią lokalną bibliotekę. Była więc "Dziewczynka z walizkami" o córce rozwiedzionych rodziców, "Lola Rose" o matce uciekającej z dziećmi od męża i chyba nie tylko to, ale najbardziej przeżyłam "Podwójną rolę". To była historia o bliźniczkach, Ruby i Garnet, które wszystko robił razem, tyle że Garnet była bardziej spokojna i lepiej się uczyła. No i oczywiście bach! wszystko się pokiełbasiło. Pod koniec płakałam. Przypominam jednak, iż było to dawno. *nie chcę stracić wizerunku mhrocznej Bukwy, wiecie*
Ach, pani Wilson...
(Tutti - łączę się jeszcze w bólu po stracie Nemeczka... "Chłopcy z Placu Broni" to mistrzostwo.) 
(A, no i jeszcze "Most do Terabithii"... *te wielokropki melancholii*)




5. JAZDA NA SANKACH - kochają ją wszystkie dzieci. Książka, którą uwielbiałam będąc dzieckiem to...

Książki Astrid Lindgren, różne (ale najbardziej "Dzieci z Bullerbyn" i ten wspaniały rozdział jak Ollemu ruszał się ząb... i jak Lisa szła po kiełbasę z Anną... i jak siedziały w rowie! O!). I "Harry Potter", borze, kto go nie kocha? Seria o młodocianym wampirze Rydygierze i jego przyjacielu Antosiu (Angela Sommer-Bodenburg) i książki o Atramentowym Świecie (Cornelia Funke). I Narnia. No i teraz nie wiem co wybrać, ech, Bukwa ze mnie.



 6. HERBATA - Rozgrzewa nas, kiedy przychodzimy do domu przemarznięci po szaleństwach na śniegu. Książka, która ma dla mnie wartość sentymentalną to...

No... wszystkie powyższe. Eee, no kurcze, jeszcze mam wymyślać? No dopsz. Dopsz, dopsz. Wartość sentymentalna... Naprawdę nie wiem, co jeszcze mogłabym wymienić. Wszystkie moje ukochane książki, z teraz i z dzieciństwa, są tam na górze w niebie... ach. I wszystkie mają dla mnie wartość sentymentalną. Chociaż.. jest jedna książka. Nazywa się "Mała miła kropelka". Niestety niedokończona. *czytelnicy kminią* Tak, tak, to książka autorstwa na oko pięcioletniej wówczas Bukwy, opowiadająca o przygodach to zastanawiające! małej, miłej kropelki, która wpadła do ścieku (czyżby autoprzepowiednia? Ja przecież będę żulem.), z ilustracjami autorki. Imponujące, co?

 Dobrze, ludziki. Mam nadzieję, że nie pomarliście tam po drugiej stronie ekranu. W sumie śmieszny był ten TAG i fajnie było powspominać dawno czytane książki. *ach*

A na koniec... zgadnijcie co? Tak! Obrazeczek!
No jednak trza taki typowo fanowski obrazeczek dać.

RoszPUNKa. Sorry, musiałam :P
Jeszcze większe "sorry, musiałam" ♥
Trzymajcie się tam wszyscy! Kocham Was! Yay!

Wasza oczytana i generalnie dżinialna 
Bukwa

PS The darkest minds never fade in the afterlight
PS2 Hue, to pięćdziesiąty post. Jeszcze tylko drugie tyle i będzie setka. O matko.