czwartek, 24 grudnia 2015

Lubię Święta, bo mogę mówić "chwała" i "gloria" ile mi się podoba i nikt nie uważa, że jestem dziwna (chyba)

Chciałabym tylko napisać, że życzę Wam wesołych Świąt.

Zatem: życzę Wam wesołych Świąt!
Trochę szaleństwo z tymi wielkimi literami, ale nie szkodzi, załóżmy, że to zamierzony efekt poetycki.

I chciałabym Wam jeszcze podziękować bardzo bardzo bardzo, bo wszystkie jesteście cudowne (ty, hipotetyczny anonimowy czytelniku płci męskiej, także jesteś cudowny). Niech Moc/zdrowie/szczęście/przyjaciele/Wena/książki/jedzenie/chwała będzie z Wami!

Uwielbia Was i hołubi

Wasza wierna Bukwa

PS Otchłań ma już ponad 10000 wejść. No, wygląda to prawie profesjonalnie. Pfff. ♥

niedziela, 6 grudnia 2015

Bukwa typowo, czyli lubię ślimaczki i poezję, i dramat, a SENS poszedł na kebaba

Hej!

Listopad był miesiącem krytycznym. Bukwa, która miewa czasem lekkie skłonności do paranoi, histerii i przesady, stała się młodym Werterem i roniła gorzkie łzy (Ron ronił, a Harry harował – ach, te gierki słowne) mroku i bólu. Ale nadszedł grudzień. W grudniu powinno być lepiej, grudzień ma wiele zalet. Jest Adwent, je się czekoladki z kalendarza, no je się. Niedługo przerwa świąteczna i Boże Narodzenie, i nie ma tylko śniegu. U mnie nie ma przynajmniej. Jest może u Was?
A przerwa świąteczna się przyda. Bukwie cudem udało się przemknąć do trzecich etapów dwóch konkursów kuratoryjnych (jeden punkt w plecy i wypad, waćpanna! - to się nazywa fart!): z WOS-u i z polskiego. W związku z tym snuję sobie ambitne plany na temat mojej domniemanej chwały oraz zwolnienia z wszelakich egzaminów. Jeśli plany te się powiodą, będę chyba najbardziej leniwym człowiekiem w całej galaktyce. Uważam, że jest to całkiem sprawiedliwe, zwłaszcza że ostatnimi czasy jestem – cóż, chciałabym rzec, że jestem najbardziej pracowitym człowiekiem w całej galaktyce, ale niestety, nie byłoby to prawdą. Bo tak szczerze – to nic mi się nie chce. Chce mi się tylko jeść i spać, nawet czytanie jakoś mniej mnie pociąga (a „Balladyna” czeka!). Dziwne zatem, że nagle nabrałam ochoty na pisanie. Na blogu i w ogóle. Trochę porzuciłam moją epopeję, ale zamierzam kiedyś ją zrealizować. Tak. Tak właśnie będzie.
Nie wiem, czy ktoś z Was zwrócił uwagę na jakże subtelną reklamę, która przycupnęła była na pasku bocznym. Chodzi o działalność literacką, jaką jest blog grupowy Rozważne i Romantyczne, znany również jako RiR. Zdaje się, że już kiedyś o tym pisałam, toteż nie będę się jakoś specjalnie uzewnętrzniać w tym temacie, lecz rzeknę z prostotą: przybywajcie! Pojawiło się już kilka pierwszych postów (żaden z nich nie jest mojego autorstwa, ale kiedyś, kiedyś... kiedyś... tak sążniście kiedyś...), które są samotne i zagubione, i potrzebują wsparcia.

RiR ma niewątpliwie wiele zalet, ale i jedną kontrowersyjną właściwość – współtworzą go osoby absolutnie morowe i bardzo inteligentne (no, akurat w tej kwestii mam na myśli me zacne kolaborantki), które prócz wielu wspólnych zainteresowań łączy również dość podobny styl pisania. Wniosek ten wysnułam na podstawie lektury tekstów mych kompanów i obecnie jestem w kropce. Cóż czynić w takiej sytuacji? Co zrobić, by czytelnicy rozpoznawali mnie nie po pseudonimie (który brzmi Esterka; Bukwa jest zarezerwowana wyłącznie dla Otchłani), ale już po pierwszym zdaniu? Czym jest życie? Być albo nie być? [Wiatr. Dramatyczna muzyka w tle].

A tak w ogóle, skoro jakoś tak mimochodem wprowadziłam sympatyczny fragmencik o wietrze, ten w kwadratowym nawiasie (takie Bukwy didaskalia nieśmiałe) – mam nowy błyskotliwy plan na życie! Oprócz zostania laureatką w konkursach (tfu, tfu, odpukać w malowane wrota czy co tam) zamierzam raczyć piękny świat scenariuszami teatralnymi. Tak! Nie przywidziało Wam się! Oto ja! Bukwa! Scenarzystka wszech czasów! Co skłoniło mnie do takiej, a nie innej decyzji, zapytacie. Pozwólcie więc, że odpowiedź przedstawię w formie wykresiku.

RODZAJE LITERACKIE
  1. Epika. → Najdłuższe opowiadanie pisane z własnej woli i ochoty ma około jednej strony, za to nie ma fabuły. Twory bardziej fabularne nie są nawet zapisane i pozostają w eterycznej sferze Bukwy umysłu.
  2. Liryka. → Bukwa czuje się poetą niezdolnym do napisania wiersza białego na poważnie – choć często ma ochotę i kiedyś to zrobi.
  3. Dramat. → YOLO! Trza brać co dajo! Juhu! A spróbuję se.

(Już sam fakt, że muszę korzystać z prymitywnych wykresików, miast wypowiedzieć się poprawną i okrąglutką polszczyzną, zdaje się skreślać mnie z listy obiecujących prozaików).

Z wykresiku wynika (każdy aspirujący laureat WOS-u musi niesamowicie polegać na wykresikach), że o ile liryka jest sercu Bukwy bliska, a relację z prozą trudno określić, o tyle dramat jest wciąż najbardziej nieznaną sferą. Jest jak nieodkryta wyspa, którą trzeba zbadać. Zatem będę ją badać! Muszę tylko znaleźć pomysł na fabułę. I w sumie muszę jeszcze zrobić wszystko. I w sumie i tak tego nie zrobię, ale czasem mam ochotę napisać tekst absolutnie pozbawiony sensu, czego przykładem jest ten post.

Z wykresiku to wynika,
że choć bliska mi liryka,
napiszę dramat.
I to będzie dramat.
Namiętność ogarnia mnie dzika.

(Fragment z namiętnością nie odnosi się do niczego, ale dodaje poetyckości, rozumiecie).

A swoją drogą: czy nie uważacie, że scenopisarstwo jest mi właściwie przeznaczone, co przejawia się w mojej chorobliwiej skłonności do używania nawiasów, gwiazdeczek i małej czcionki? (Tak, tłumacz tak sobie, Bukwa. Ach, aż żal duszę ściska przy takim stworzeniu).

Wybaczcie mi karygodny bezsens i bezcelowość tego tekstu. Jest to spowodowane dwoma głównymi czynnikami: 
1) nauką;
2) moją chwilową niezdolnością do sklecenia zrozumiałej myśli, co z kolei związane jest z listopadową falą histerii. Mój mózg odreagowuje i chwilowo tworzy opowiadanie zatytułowane „Puszczą, lasem z kontrabasem” o trójce młodocianych włóczęgów i ich kontrabasie. Poza tym epopeja. Kiedyś.

W ramach zadośćuczynienia za stracony czas wstawiam klawy obrazek (maybe „klawy” will be my „zacny” - zrobiłam jednocześnie aluzję do Johna Greena i Poli! Łohoho!).
Lubię ślimaczki ♥
 Następny post postaram się uczynić nieco bardziej treściwym. Co powiecie na to, bym trochę, dla zdrowia, pohejciła sport? Chciałam zrobić to nawet w tym poście, ale dawno nie byłam na wuefie, więc moja gorąca nienawiść trochę przybladła. Jednakowoż, jakby coś ten, no... wiecie gdzie mnie znaleźć.

Chwała Wam i miłość po wsze czasy!
Wasza Bukwa

PS To zabawne, że nawet kilka razy sprawdzałam ten tekst, pisałam go z wyprzedzeniem, i to w łordzie - a mimo to jest absolutnie bez sensu. Pusty... jak wydmuszka. Ach. Poezja. Lubię poezję.
Pusty jak wydmuszka.
Aż drętwieje nóżka.

B.

sobota, 7 listopada 2015

Dylematy ludzi układających kalendarze: czy lepiej ustanowić 7 listopada świętem narodowym, Dniem Kapusty, czy może wprowadzić narodową żałobę?

Hej!
Początki postów w Otchłani dzielą się na:
a) "oto ja, Bukwa Wasza marnotrawna. Kamienujcie";
oraz
b) "oto i nastał ten dzień".
Dzisiaj przyszła pora na początek z kategorii b.
Łu-huu. Balonik się jakoś podejrzanie obciął. Ale i tak: łu-huu.

(Jeśli Wam też wariuje rozmiar czcionki, to przepraszam - nie mam pojęcia co się stało ani co zrobić, odświeżałam i zmieniałam na normalny już jakieś osiemdziesiąt trzy razy. Jeśli ktoś z Was orientuje się o co chodzi, będę wdzięczna za pomoc).



czwartek, 15 października 2015

Z g(o)łębi mego serca płyną słowa te. Oł je.

 Oto jestem - Wasz syn marnotrawny. Ewentualnie córka. Bukwa Wasza marnotrawna.
Nim Wasze wspaniałe umysły zajmą się głębokimi refleksjami zawartymi w tym tekście, pozwolę sobie skierować uwagę Waszą na fakt, iż wykazałam się swoistym sprytem i zwiększyłam czcionkę. Dzięki temu krótkie posty będą wydawać się długie! Co prawda nie zmieni to poziomu obecnego w nich bezsensu, ale dobre i to. Pierwsze koty za płoty.
 Powiem Wam, że lepszy styl to ja miałam w czwartej klasie podstawówki. Teraz nie jest tak dobrze, moi drodzy. Smykałka literacka jakoś wypięła się na Otchłań i uzewnętrznia się jedynie w pisanych okazyjnie wierszach (są to tak niesamowite utwory jak "Chęć", traktująca o przemożnym głodzie, który był Bukwę dotknął razu któregoś, gdy czekała na swego ziomka, a był to ziomek płci żeńskiej, co warto podkreślić ze względu na brak formy żeńskiej wyrazu wyżej wymienionego; inne dzieło, pisane z innym z kolei żeńskim ziomkiem, opowiadało o Twixie zjedzonym na chemii przez tegoż ziomka oraz o przerażającym filmie, który puszczono nam całkowicie bezsensu, bowiem głośniki nie działały). Ba! Ostatnio nawet nachodziła Bukwę jakaś chętka, coby popełnić opowiadanie. A Bukwa opowiadań nie pisuje! A jeśli pisuje, to są to, moi mili, teksty słabe. Ot co. Pomyślcie więc, jakie było moje zdumienie, kiedy któregoś razu Wena przyszła i rzekła: "Pisz opowiadania, Bukwo!" Doprawdy, nie kłamię! W planach miałam nawet napisanie epopei (tym razem nie zamierzam się poddać!), jednak na razie skończyło się na lekko upośledzonym rozplanowaniu fabuły. Tak około trzy tygodnie temu.
 Niektórzy ludzie mają dar, który polega na tym, że zdania ich są przejrzyste, klarowne, zgrabne, a przy tym nie tylko nie tracą sensu, ale i zachowują charakter wypowiedzi, porywają, bawią, ciekawią, tu wstaw kolejne określenia. No wiecie. Słowa płyną z głębi, bla bla bla.
 Moje słowa może i płyną z głębi, ale raczej na tym koniec. Ja chyba nie mam takiego daru.
 No i co z tego?
 Nic!
 Albowiem jak powiedział poeta*: idźcie i piszcie, a z czasem wam wybaczą.

 Tutaj następuje moment, w którym dochodzi do stwierdzenia pewnych faktów i zaprezentowania pewnych ustaleń.
 FAKT #1: ilość podjętych zobowiązań silnie odbija się na strukturze, zwanej potocznie "moim wolnym czasem". Rozumiecie co chcę powiedzieć.
 FAKT #2: woda stanowi około 95% procent składu ogórka (dane sprzed trzech lat i z jakiejś szemranej strony o gotowaniu).
 USTALENIE #1: niniejszym ogłasza się, że "Otchłań internetu" stanowić będzie od tej pory miesięcznik.
 Postanowiłam nadać sobie jakiś rytm pisania, bo tu strasznie zapyziało, no i powinnam się jakoś rozwijać, czy jak to tam. Co tydzień to jednak za często. Co dwa tygodnie za rzadko. Co miesiąc to już tak rzadko, że właściwie nie ma różnicy - dlatego tę właśnie opcję wybrałam. Wyobraźcie to sobie - to jak zwykły blog z "[czytelniczymi czy jakimikolwiek] podsumowaniami miesiąca", tylko bez normalnych postów! Same podsumowania! No czy to nie jest iście męska decyzja? A w dodatku jaka błyskotliwa!
 Nie no, wybaczcie mi, ale po prostu trochę nie dam rady inaczej, a Otchłań zawiesić (co chyba już się zdarzało... a może nie?) to byłaby hańba i skaza na honorze.

Także luzik. Każdy ma jakiś talent. Ja umiem na przykład genialnie jeść.

 Swego czasu chwalebna Julia nominowała mnie do pewnego tagu - zrobię go (phi! Ja miałabym nie zrobić?), ale - uwaga! - wtedy, kiedy mnie do końca Wena opuści. Bo wyjawię Wam, że wbrew pozorom nie jest tak źle. Ten post nie powala może długością, ale też nie musi, no bo kto powiedział że musi? Tak, to ja, Bukwa, łamię schematy! Tak! Hurra! Gloria, chwała, kapusta! W każdym razie. Zamierzam pisać. Naprawdę pisać. Może nawet o czymś pisać, wtedy to dopiero będzie!
 Tak więc, nie wypełniwszy nominacji, nie wyrzekłszy słowa mądrego, zaprezentowawszy ustalenia i ostatecznie nadużywszy pretensjonalnych imiesłowów uprzednich, żegnam Was i przytulam wirtualnie,
Wasza Bukwa

*to był jakiś enigmatyczny poeta. A może nawet wcale go nie było.

poniedziałek, 7 września 2015

Bo Bukwa umie robić interesy, a zakupienie masażera było jednym z tych bardziej udanych

Hej!
Czasem przyjemnie jest poczuć powiew świeżości. Zrobić coś nowego i kreatywnego. Wreszcie - rzucić wszystko i zacząć pisać, pisać, pisać, pisać to, na co tylko ma się ochotę, bez granic, bez myślników, nawiasów i małej czcionki pozdro, za to koniecznie z użyciem średników. Zostać artystą, którego romantyczny szalik łopocze na wietrze jak sztandar Sztuki Słowa Pisanego. Można? Można.
Ale można też zostać Bukwą, i jak przystało na człeka pragmatycznego, skrupulatnie odpowiedzieć na wszystkie pytania zawarte w LBA.
O tak, nie mylicie się! Częste posty zawierające wszelkiego rodzaju pytania i odpowiedzi urosły już do rangi godnej wielkiego szacunku tradycji. Któż bowiem, myśląc o Otchłani nawet i najżyczliwiej, nie wspomni o nikłej częstotliwości pojawiania się wpisów, a już zwłaszcza wpisów uporządkowanych czy przemyślanych? Wątpię, by był wśród nas ktoś taki. Wszyscy wiedzą, że Bukwowe posty dzielą się na: (1) ględzenie i (2) LBA. Ale oj, mi tam pasi. Jołs, ludzie, jołs.
Do dzisiejszego LBA nominowała mnie Jess (niech będzie błogosławiona!), którą wielbię za to całym mym sercem pełnym miłości, pokoju, harmonii, radości, et cetera, et cetera. W każdym razie - dzięki, Jess! ♥
No to lecim na Szczecin (nienawidzę tego... powiedzonka. Czy co to tam jest. Może okrzyk wojenny? Pasowałoby. Tak czy inaczej... ach!, to nawet się nie rymuje! *traumy Bukwy jeszcze z wczesnego dzieciństwa*).

1. Masz jakieś plany, postanowienia na nowy rok szkolny?
Owszem. Szczerze mówiąc, mam tryliardy planów. Wiem, że trzeba żyć chwilą, carpe diem, te sprawy, ale osobiście mam wielką słabość do wyobrażania sobie mojej chwalebnej i utopijnej przyszłości, również tej najbliższej. Dlatego też zwykle stawiam przed sobą całkiem sporo projektów. W tym roku zamierzam między innymi: ogarniać szkołę muzyczną (cobym osiągnęła cel wyższy, to jest przeistoczenie się w młodego dżiniasa wiolonczeli); ogarniać szkołę zwykłą (która, że się tak wyrażę, jest wymagająca; wspominałam też już chyba o konkursie, w którym startuję znowu i moim złowieszczym planem jest zostać jego laureatką co mi się nie uda, bowiem moja humanistyczna cząstka ostatnio ma wychodne); ogarniać harcerstwo. No i ogólnie nie stracić przy tym wszystkim głowy (szkoda by było takiego mózgu).

2. Czy jest coś, co chciałabyś w sobie zmienić?
Chcę mieć loki! Wolałabym być bardziej cierpliwa, śmiała i wyluzowana.


3. Masz ulubionego/ną piosenkarza/piosenkarkę bądź zespół?
Nie bardzo. Słucham w kółko i w kółko muzyki musicalowej, ale poza tym odkryłam niedawno Matisyahu - Żyda śpiewającego reagge, zdarza mu się też rapik, a nawet beatbox. Kiedyś nosił pejsy, absolutnie rozczulającą brodę i, podług żydowskich zwyczajów, zawsze miał nakrycie głowy. Potem ostrzygł włosy, ogolił się, a jego kapelusz poetycko odfrunął w dal, niesiony zefirem muzyki i wiary... teges. No. W każdym razie teraz wygląda jak przypadkowy obywatel, ale jest zaiste kochany. Prócz tego przesłuchałam na nowo piosenki Molly Smitten - Downes, o której wspominałam kilka miesięcy temu. Nadal ją uwielbiam. I... lubię jeszcze First Aid Kit. Ja w sumie słucham jakichś dziwnych, nieokreślonych piosenek, ale to mi się podoba. I mam moje musicale, więc wszystko jest w porządku. ♥
I wiem, wiem kto jeszcze! O mój Boże, Florence + The Machine! Zagłębiam się w jej muzykę i bardzo mi się podoba. Jest magiczna i hipnotyzująca. Ach, no i jeszcze muzyka wiolonczelowa, oczywiście.
Ale nic nie wstawię. Wolność w państwie! Jeśli ktoś się bardzo ciekawi, to wierzę, że bramy jutuba staną otworem przed tą zacną, jak mawia Pola, osobą.

4. Jakie filmy lubisz?

Uwielbiam "Little Miss Sunshine", choć klną tam ze smakiem i prawie bez przerwy, ale za to jeżdżą fajnym vanem; lubię też "Incepcję" i "Co gryzie Gilberta Grape'a" (należę do tych, do których DiCaprio przemawia, i to jak! Ojojoj...). No i musicale (kto by się spodziewał), i oczywiście filmy animowane.

5. Wolisz kino czy teatr? Dlaczego?

To pytanie równie dobrze mogłoby brzmieć: wolisz zostać zmiażdżona przez gigantycznego zmutowanego chomika zrzuconego na ciebie z wysokości dwudziestego trzeciego piętra czy dostać magiczną kartę, która sprawia, że wszyscy księgarze na twój widok wyrzucają w górę konfetti i wydają okrzyki: "Tak się cieszymy że tu jesteś! Bierz co chcesz!"? Kocham, wielbię, hołubię, czczę, adoruję teatr. Teatr, o tak.
(Nie to, że porównuję kino do zmutowanych morderczych gryzoni, lecz z teatrem przegrywa, chociaż uwielbiam oglądać filmy na dużym ekranie, i żeby jeszcze z miłymi ludźmi i naczosami u boku).
Teatr z jakiegoś powodu bardzo do mnie przemawia. Już samo przebywanie w budynku, w którym na co dzień kotłuje się tyle różnych emocji, wprawia mnie w ekstazę. Po prostu czuję tego ducha, no nie wiem, nie umiem tego wytłumaczyć. A spektakle są niesamowite. To wszystko jest tu i teraz, na żywo, jeśli ktoś się pomyli, musi improwizować. Taka walka na śmierć i życie. Nieraz zdarzyło mi się też tracić serce dla scenografów-geniuszy, którzy są jak TARDIS - teleportują Cię w różny czas i w różne miejsca, tak nagle i po prostu, bez żadnych efektów komputerowych. No a teatry muzyczne - to już w ogóle szał.

6. Ulubiony kraj, kultura?

Anglia i Skandynawia, z naciskiem na Szwecję i Finlandię. Jestem też wielką fanką kultury żydowskiej.


7. Ulubiony przedmiot?
Jeśli chodzi o przedmiot szkolny, są to chyba religia (mamy genialną nauczycielkę) i etyka (mamy genialną nauczycielkę. Także). Nie wiem, co sądzić o WOS-ie, ale na razie wiem jedno. Serdecznie nie cierpię wuefu. Aż chyba kiedyś napiszę o tym posta, i o tym, jak zaiste zgubny, nieprzyjemny i niepotrzebny jest sport, moje przekleństwo i wróg numer jeden.
Jeśli chodzi o zwykły przedmiot codziennego użytku, obecnie jest nim zakupiony za sześć złotych masażer do głowy (w dzisiejszych czasach trzeba umieć robić interesy!).
To właśnie wyżej wspomniany masażer. Zanurzasz go we włosy i rozkosz gwarantowana! Polecam, Bukwa. Jołsy.
8. Co chciałabyś dostać w prezencie (np. na urodziny)?
Szczerze? Chciałabym kiedyś przeczytać taki komiks Neila Gaimana, Sandman. Nie mam pojęcia, jak go zdobyć, a gdybym poprosiła o niego na urodziny, nie musiałabym się już martwić :P

9. Lubisz słuchać muzyki? Jeśli tak to najczęściej w jakich sytuacjach (przy pisaniu, czytaniu, uczeniu się itp.)?

Kto nie lubi? Nigdy nie puszczam sobie muzyki przy nauce ani przy czytaniu, bo mnie rozprasza, ale często robię to, kiedy sprzątam. Inaczej bym pewnie tego sprzątania nie zdzierżyła. Fajnie jest też posłuchać czegoś przyjemnego przy rysowaniu.

10. Masz jakieś zainteresowania? Jeśli tak, to jakie?

No... człowiek bez zainteresowań miałby smutny żywot. Moje lecą jak następuje (postaram się wypisać do oporu): książki, języki obce, obieranie ziemniaków, wiolonczela, gitara, pianino, ukulele, kwestia dyskryminacji, rasizmu, nietolerancji i tak dalej, śpiewanie (no, czasem), pisanie w nawiasach, gry językowe, MUSICALE, epiccy bohaterowie literaccy, Romanowowie i Rasputin, filozofia, dziwne badania socjologiczne, geniusze oraz jedzenie.


11. Jest miejsce, do którego bardzo chciałabyś pojechać? Jeśli tak, to jakie?

Chciałabym ponownie odwiedzić Londyn i Szwecję. Fajnie by było też pojechać kiedyś do Ameryki, ale jak na razie się na to nie zanosi, a nawet gdyby się zanosiło, nie zniosłabym całodniowego lotu samolotem (jestem frajerem który boi się latać; moi przodkowie nie byli ptakami, tylko leniwcami, okej?).

 No to dobrnęłam do końca! Nikogo nie nominuję, gdyż ostatnio sporo nagromadziło się tego LBA i nie chce mi się wymyślać pytań. Wybaczcie mi, proszę.
* * *
Szkoła zaczyna pokazywać, co potrafi - w piątek nasza klasa zostanie po raz pierwszy w tym roku poddana ciężkiej próbie, jaką jest klasówka z matmy. Poza tym sporo czasu należałoby poświęcić nauce do konkursu... I jak tu przy tym wszystkim zostać wiolonczelowym objawieniem?

Jak toczą się Wasze losy? Jesień Was przytłacza (mnie na razie nie przytłacza, bowiem mam obsesję na punkcie wiatru malowniczo rozwiewającego te kłaki, które zwę włosami włosy, no i lubię deszcz)?
Wierna jak najwierniejsza z najwierniejszych, i tak dalej,
Wasza Bukwa

PS Co sądzicie o imieniu Estera?

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Jak pisać w trzech zdaniach jak w dziesięciu zdaniach, albo spoczywaj w pokoju, Martho

Hej!

Och, ludu mój wielbiony i hołubiony! Oto ja, Bukwa marnotrawna we własnej osobie. Za napisaniem posta przemawiało tak wiele logicznych i rozsądnych argumentów, że w końcu uległam i zasiadłam do klawiatury pełna dobrych chęci. Słowem: yay!
Nieco rzuca się w oczy swego rodzaju burżujstwo Bukwy - te ciągłe jej podróże w daleki świat (tanie linie lotnicze pozdrawiają). Te wakacje były jednak całkowicie bezpretensjonalne, spędzone beztrosko na obozie harcerskim, nad jeziorem i w Trójmieście. Uwielbiam Trójmiasto (pozdrowienia dla Poli i innych Gdańszczan, Gdynian i Sopocian!), głównie za tych wszędobylskich i wszechmogących ulicznych muzyków. Duet akordeon & wiolonczela niezapomniany... Trafiła się też gitara & skrzypce, więc zdecydowanie, oj, zdecydowanie! nie mogę narzekać. Przed wakacjami byłam jednak w kraju mego kultu i języka mego kultu i pogody mej kultu i kultury mego kultu i kultu mego kultu pewnym kraju, całkowicie za granicą, zapewniam!, jak burżujsko, to burżujsko, wiadomo, w każdym razie było to tak niesamowite, że nadaje się na osobny post. Jak dotąd nie zebrałam się jeszcze na to, by to uczynić, albowiem:
1. Posty o tym, jak ich autor spełnił swoje marzenie, są żenujące. A ja nie lubię żenować ludzi.
2. Rzecz, o której mowa, jest absolutnym uosobieniem burżujstwa.
Ale może kiedyś o tym napiszę.
Na razie nie będę Was jednak raczyć łzawymi i naiwnymi opowiastkami nieznającego życia dziecięcia i postaram się wykazać się literacko w (wcale nie w LBA! Nominowała mnie co prawda Jess, za co ją wielbię, ale to dopiero kolejny post. O borze, planuję posty, jakiś postęp wreszcie) poście na temat książek, które miałam okazję przeczytać tego lata.
Wszystko profesjonalnie, bez zbędnych emocji, ma się rozumieć.
(Wakacje jeszcze trwają, ale te parę marnych godzin... och, to zaledwie mikroskopijny pyłek na odnóżu mikroskopijnej pchły na odnóżu yorka miniaturki w porównaniu z Bezdennym Bezmiarem Roku Szkolnego (BBRS) - w czasie któregoż, zaznaczam, zamierzam również czytać zachłannie i zajadle. Tak).
Podczas tych dwóch miesięcy (z czego jeden, ośmielam się wtrącić, spędziłam w dzikim buszu, całkowicie zaabsorbowana trudami harcerskiego żywota) przeczytałam
a) po raz absolutnie pierwszy: osiem powieści;
b) po raz drugi, ale z większą uwagą niż za pierwszym razem: dwie powieści (no dobra... powieść i dramat);
c) po raz drugi lub nie-wiadomo-który: wiele książek, których potem nie kończyłam, ale czytałam je z nudów lub w celu wspominania starych, dobrych czasów. W każdym razie one się nie liczą. Muahahaha.
Postaram się opisać każdą z pozycji umieszczonych w podpunktach b) i c), ale żeby nie było tak łatwo, zrobię co w mojej mocy, by skonstruować w tym celu jedynie trzy zdania. Trzy zdania do każdej książki, ma się rozumieć.
Ach, zapętlenie i chaos! Pod tym względem chyba niewiele się zmieniłam.
Zatem... zaczynamy (zauważyliście, drodzy Czytelnicy, że słowo to rymuje się samo ze sobą? za/czy/na/my? To jak ten wiersz Białoszewskiego... dobra, nieważne, już się doprowadzam do porządku)!

1. "W cieniu Pałacu Zimowego" pióra Johna Boyne'a.
Zamieszkały w Londynie rosyjski emigrant, Georgij Jachmieniew, wspomina swoją młodość spędzoną w Pałacu Zimowym za panowania cara Mikołaja II, gdzie był opiekunem i strażnikiem carewicza Aleksieja oraz (co tu dużo mówić, miłość jest piękna!) ukochanym księżniczki Anastazji. Lekko kulejące tłumaczenie i przewidywalne, czy wręcz oczywiste zakończenie równoważą fascynujące realia carskiej Rosji, jednak w porównaniu z inną książką Boyne'a, "Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa", "W cieniu Pałacu Zimowego" wypada znacznie gorzej. I nawet nie wiecie, jak irytujące jest nadużywanie imienia Georgij w wołaczu: "Georgiju, Georgiju, Georgiju! Smaż kiełbachę se na kiju!.

2. "Świadek oskarżenia" pióra Agathy Christie.
 Dwa fakty świadczą przeciwko tej książce: po pierwsze, niewybaczalna absencja Poirota; po drugie to, że mamy do czynienia ze zbiorem opowiadań, a nie z pełnokrwistą powieścią. Zawsze uważałam, że Christie lepiej idzie z powieściami niż z opowiadaniami, z kolei z Conan Doylem jest dokładnie odwrotnie. Większość tekstów nawiązuje do spraw dosyć mistycznych, w stylu duchów, nawiedzonych domów czy mediów, a najbardziej godne polecenia zdają się "Radio" i tytułowy "Świadek oskarżenia".

3. "Hobbit, czyli tam i z powrotem" pióra J. R. R. Tolkiena (uwielbiam to nazwisko! Jest takie magiczne).
Któż nie słyszał o "Hobbicie", zwłaszcza od czasów jego dość niefortunnej ekranizacji? Książkę tę czytałam po raz pierwszy w piątej klasie podstawówki, kiedy to uznałam ją za raczej nudną; teraz ogromnie mi się podobała i nauczyła mnie, że używanie średników czyni narrację bardziej płynną i dojrzalszą (czas poskromić te dzikie nawiasy!). Bądź pochwalony, konkursie kuratoryjny!

4. "Słodko-gorzka szesnastka" pióra Carrie Karasyov i Jill Kargman.
Laura chodzi do ekskluzywnej prywatnej szkoły dla bogatych dziewcząt, w której utrzymuje się dzięki stypendium, a obsesją każdej jej koleżanki jest zorganizowanie idealnych (i zazwyczaj niemożliwie ekstrawaganckich) szesnastych urodzin. Nasza bohaterka nie jest jednak tak pusta, materialistyczna i nadęta, o nie! - ciekawe tylko, co w takim razie robi w tej szkole... Książka wciągająca, napisana przyjemnym językiem, ale raczej naiwna, rozważająca głównie jedną stronę medalu.

5. "Dziady, cz. II" pióra Adama Mickiewicza.
I oto znów na scenę wkracza kurator/konkurs/kuratoryj/olimpiada/jak zwał, tak zwał. Swego czasu przedstawiałam na polskim fragment "Dziadów" przerobiony na musical, toteż dramat ten kojarzy mi się trochę dziwnie. Ale klasyka to w końcu  klasyka, no i przynajmniej nie tomiszcze na sześćset stron, a zgrabny i przyjemnie rymowany utwór.

6. "Czerwona królowa" pióra Victorii Aveyard.
Moje zainteresowanie tą powieścią obudziła Fanny Devin (ach, ten enigmatyczny Maven!), toteż zakupiłam ją i pochłonęłam. Nasza bohaterka, Mare (kto nazywa postać, w dodatku główną, "klacz"?!), żyje w świecie, w którym ludzi dzieli się ze względu na kolor krwi na biednych, niewykształconych Czerwonych i utalentowanych magicznie, uprzywilejowanych Srebrnych - wkrótce dostaje się na zamek królewski, gdzie zaczynają się jej kłopoty... *mrok, mrok, zaciekawienie, poruszenie na scenie, co będzie dalej, co będzie dalej!* Dla mnie Czerwona Królowa jest połączeniem "Niezgodnej", "Igrzysk śmierci" i "Rywalek" oraz "typową powieścią młodzieżową"; zamierzam jednak przeczytać kontynuację (która, a jakże, powstanie), bo nie wierzę, że pierwsza część mogła skończyć się w ten sposób (to przecież nie ma sensu!).

7. "Spryciarz z Londynu" pióra Terry'ego Pratchetta. Tytuł oryginalny: "Dodger". Nieprzetłumaczalne, a szkoda.
Trudno w to uwierzyć, ale to moja pierwsza powieść autorstwa sir Pratchetta. Zawarła w sobie jednak bardzo wiele akcentów, które wprawiają Bukwę w rozkosz (o ile da się wprawiać w rozkosz): Londyn, cockney, londyńskie ścieki, kochanego i sympatycznego głównego bohatera (!), londyńskie ulice, Dickensa, londyńskich uliczników, diabolicznego golibrodę z Fleet Street - Sweeneya Todda (tak, jest taki musical! ♥) oraz moją ulubioną postać, Żyda Salomona. Muszę koniecznie poczytać więcej Pratchetta (czas się zabrać za "Świat Dysku"), i koniecznie, koniecznie Dickensa.

8. "Wybrani" pióra C. J. Daugherty. Tytuł oryginalny: "Night School". Cóż.
 Rodzice wysyłają zbuntowaną Allie do tchnącej mhrockiem Akademii Cimmeria, która skrywa w sobie wiele tajemnic (gdyby nie ten mhrock, byłoby to najbanalniejsze zdanie w historii Otchłani). Wkrótce jedna z uczennic zostaje zamordowana, ale i tak nikt się tym nie przejmuje, a Allie powoli zaczyna odkrywać coraz to nowe sekrety Cimmerii i własnej rodziny. Młodzieżówka, ale trzyma w napięciu; początek długiej serii; bez magii, nadprzyrodzonych mocy, absolutnie vampire-free, za to z obowiązkowym trójkątem miłosnym.

9. "Przygody Piotrusia Pana" pióra J. M. Barrie'go.
Przeczytane w ramach projektu "Bukwa zapoznaje się z klasyką literatury dziecięcej, o której nie miała pojęcia, kiedy była... no, trochę mniejszym dzieckiem niż jest teraz". Opowieść o dzieciństwie i dorosłości, oraz o dzieciach, które, jak pisze Barrie, są "wesołe, niewinne i bez serca". Bardzo angielska, bardzo klasyczna, i pomimo tego, że Piotruś okazał się perfidnym zarozumialcem, bardzo przyjemna lektura.

10. "Morderstwo to nic trudnego" pióra Agathy Christie.
Z niezbadanych zakamarków mych regałów wygrzebałam nietknięty dotąd kryminał Christie, licząc na starego, dobrego Poirotka po lekkim rozczarowaniu "Świadkiem oskarżenia". Tymczasem i w tym przypadku nie dane mi było poczytać o Herkulesie - głównym bohaterem "Morderstwa..." jest bowiem Luke Fitzwilliam, który w pociągu spotyka pewną staruszkę jadącą do Scotland Yardu, a wkrótce dowiaduje się o jej nagłej śmierci. Chyba po raz pierwszy w życiu domyśliłam się, kto może być mordercą, grasującym bezkarnie w sielskiej wiosce Wychwood; wobec tego stwierdzam z żalem, że "Morderstwo to nic trudnego" nie należy do najbardziej udanych powieści Agathy (i tak ją kocham!).

Z powyższych danych wnioskujemy, że:
a) 50 % mojego lata to książki młodzieżowe (nie umiem sklasyfikować Boyne'a i Pratchetta, więc umieszczam ich tu);
b) 20 % mojego lata to kryminały;
c) kolejne 20 % mojego lata to brytyjska klasyka;
d) 10 % mojego lata to polska klasyka.
 Nie no, dobra, nie jest tak źle!

Już jutro rozpoczęcie roku rocznica śmierci ostatniego gołębia wędrownego o imieniu Martha, padł w ogrodzie zoologicznym w Cincinnati. Świat jest okrutny dla gołębi.*pełna szacunku i refleksji nad złem świata minuta ciszy*
No cóż, drogie istoty, wygląda na to, że czas kończyć to radosne słowoklecenie. Życzę Wam dobrego roku szkol... ee, znaczy, wszystkiego najlepszego, Joe (jutro są bowiem urodziny gitarzysty Fall Out Boy)!
Kocham cały świat (choć dla gołębi jest zły) i chciałabym tylko mieć wenę. I już nic więcej. Bo wiecie co? Ja już chcę do tej szkoły! Bo ja lubię się uczyć. I uwielbiam moją klasę. I jest mi fajnie. Więc niech Wam też będzie fajnie. Jołs.
Wasza aż po grób,
Bukiewka

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Jeden fakt, drugi fakt, czytaj fakty w rytmu takt, czyli pancernik najlepszym sposobem na przyciągnięcie czytelników

Ahoj!

Dziś niosę Ci, ludu, wieści o wydźwięku neutralnym, składają się one bowiem głównie z suchych, bezdusznych i paskudnych informacji i/lub przestróg. Mimo to zapraszam, albowiem wśród nich mogą znaleźć się informacje przydatne.



czwartek, 18 czerwca 2015

Owłosione chodniki przejmują kontrolę, czyli nie ma, motyla noga, synonimów do słowa "musical"

Ahoj!

Na początek przytaczam mały poradnik Bukwy, zatytułowany: "Jak nie stracić wszystkich czytelników i zyskać nowych w dwadzieścia dni" (wydanie kieszonkowe; wkrótce w kinach).

1. Nie rób nic przez dwadzieścia dni.
2. Dwudziestego dnia wróć i taktownie przemilczaj temat.


czwartek, 28 maja 2015

Guten TAG, czyli znów o książkach + poemat subkulturowy w bonusie + gify disneyowe w większym bonusie

Ahoj, kamraci!

"Znów nam dzień chwalebny nastał!",
wrzeszczą skini, wrzeszczą rasta.
"Znów nam tęcza niebo złoci!",
wrzeszczą emo, wrzeszczą goci.
"Rwij się pieśni głośna z piersi!",
wrzeszczą punki i rockersi.

No a o co wrzawa cała?
Bukwa posta napisała!
Wszystko o jednego posta...?
 Zjedzmy, hej, kawałek tosta!
Ich logika nie jest prosta.

Nie, to wcale nie jest Slothahontas

wtorek, 12 maja 2015

50 twarzy Bukwy, czyli kariera psychoanalityka wciąż do rozważenia albo Mrock&Bul Company

Ahoj, kamraci!

Będę się wysławiać. Ha! Otóż to. Będę pisać, pisać, pisać, nie będę się krępować tematem, wszystko będzie tak po prostu, płynnie, na luzie, nie rozśmieszaj mnie, Bukwa, o życiu i w ogóle świecie, i o wszystkim, co akurat wpadnie mi do głowy. Tak. Jestem w stanie tak pisać, i po prostu się z tego cieszyć, a przy tym sprawić, że i wy będziecie się cieszyć. No nie da się ukryć. Nie da. 
Chyba łatwiej byłoby w punktach.
No dobrze - oto więc piszę.
Od dłuższego już czasu, czyli mniej więcej od mojego wiolonczelowego startu, uwagę mą przyciąga dziwne zjawisko, niewyjaśnione jak dotąd przez naukowców, a przynajmniej o ile mi wiadomo. Już nakreślam obraz sytuacji. Oto więc jedzie sobie taka Bukwa swoim ulubionym środkiem komunikacji miejskiej. Nic nowego, nic ciekawego. Drzwi wagonu (bądź... no, jeśli od tramwajów i pociągów jest wagon, to co jest od autobusów?) otwierają się - nadal nic niezwykłego. Wsiada tłum ludzi - wciąż nic zadziwiającego. Wśród tłumu ludzi dostrzega Bukwa człowieka taszczącego instrument (najczęściej skrzypce, na drugim miejscu gitara, wiolonczela rzadko, dzisiaj kontrabas, jeszcze nigdy ukulele). No i cóż w tym dziwnego? - zapytacie. Ano nic, tyle że to zdarza się właściwie codziennie. To bez sensu - stwierdzicie. Może i tak, ale czego się po mnie spodziewaliście?

czwartek, 23 kwietnia 2015

Bukwa nie żyje, powiedział Nietzsche. Kłamał.

Aloha!

Prawdziwa wiosna zaczyna się wtedy, kiedy myślisz, że jest czternasta, a jest dziewiętnasta, a prawdziwe lato, kiedy codziennie jesz truskawki i/lub maliny. Raj natomiast zaczyna się, kiedy codziennie jesz borówki i/lub czereśnie. Niepotrzebnego nie skreślać, tylko zostawić - przy Bukwie nigdy się nie zmarnuje.
Obecnie funkcjonuję leniwie w stadium prawdziwej wiosny. Smutnych spraw kilka jest: zakurzona Otchłań, zmiana planu lekcji na zatrważająco okropny, moja bezsenność nocami i analogiczna nadmierna senność dniami oraz fakt, że w calusieńkiej Polsce, w ani jednym teatrze muzycznym, ani jedniutkim, nie gra się obecnie "Nędzników". Na tym jednak problemy główne się kończą, toteż postanowiłam unieść tłuste paluszki, rozgimnastykować nad klawiaturą i napisać tego oto wielce szlachetnego chwały swej godnego posta. Chociaż tak właściwie tytuł spiritus movens należy się słusznie istocie morowej, również chwały swej godnej, znanej zwykłym śmiertelnikom jako wspaniałomyślna Tutti, która zaszczyciła mnie nominacją do starego, dobrego Liebster Blog Award.
No wiecie. Jedenaście pytań, w zamyśle jedenaście odpowiedzi i jedenaście nowych nominowanych. Zasady zna już każdy, wobec czego bez zbędnych wstępów prezentuję...

PYTANIE PIERWSZE!
*jupijajej!*

1. Opisz siebie jednym słowem!
(Ej, to nie jest pytanie!).
Leniwiec.
Geniusz. Tak totalnie.

2. Jaki jest Twój ulubiony cytat?
  Wydaje mi się, że nie mam ulubionego cytatu, nie wiem zresztą co rozumieć przez "ulubiony cytat". To znaczy, często zakreślam w książkach momenty, które sprawiły, że dostawałam chwilowej, histerycznej, jednoosobowej głupawki (czy też gópaffki), lecz nie wiem, czy zaliczają się one w poczet czcigodnych mott życiowych czy czegoś w tym rodzaju. Moje najnowsze odkrycie to:

'Robię gest, który ma wyrażać: "Hej, nie spiesz się, gadaj ile chcesz', ale prawdopodobnie wyraża: 'Hej, patrz, mam skurcze rąk!".'
 ~ 'Will Grayson, Will Grayson", J. Green & D. Levithan ujdzie

No czyż to samo w sobie nie tchnie głębią i potęgą metafor?

3. Masz jakieś plany na przyszłość?
Owszem, zamierzam rozwijać swój geniusz jak tylko się da, najlepiej ze wszystkich stron, by jako człowiek dorosły i doświadczony móc ze spokojem skończyć pod mostem wraz z ukulele i grać tamże (pod mostem) piosenki z "Nędzników". Nawet nie wiecie jak dobrze "On my own" brzmi na ukulele!

4. Jesteś pesymistą, optymistą, a może realistą? Dlaczego?
Starożytny grecki filozof Internetos opowiedział raz taką alegorię:
Pesymista widzi ciemny tunel.
Optymista widzi światełko w tunelu.
Realista widzi nadjeżdżający pociąg.
Maszynista widzi trzech niezbyt rozgarniętych osobników debili na torach.
Myślę, że każdy ma w sobie coś z pesymisty i coś z optymisty, a nawet (o zgrozo!) coś z realisty. Ja siebie określiłabym raczej jako optymistkę o nad wyraz rozwiniętych skłonnościach histerycznych. Chociaż moja czasowa bezsenność łączy się trochę z uaktywnieniem się pierwiastka pesymisty w mym organizmie.

5. Rzecz, bez której nie mogłabyś żyć to... Uzasadnij swoją odpowiedź!
Cóż... Na pewno głupio by mi się żyło bez moich instrumentów, ale dałabym radę, bo ostatecznie trochę ich jest. Jedzenia nie uwzględniam, bo to nazbyt oczywiste (umarłabym z bólu po stracie tak wspaniałych istnień jak czereśnie). Książek też by mi brakowało. Ale bez czego nie mogłabym żyć, tak totalnie? Nie wiem. Musiałabym być w większym stopniu minimalistką, żeby odpowiedzieć na to pytanie. *mądre rozważania Bukwy*

6. Jaką książkę uważasz za najbardziej uniwersalna (czyli taką, która nadaje się dla wszystkich)?
Na pewno musi być krótka, żeby dzieci się nie zanudziły, zabawna, ale nie głupawa...
A co tam, słownik języka esperanto!

7. Cecha, którą najbardziej cenisz u innych ludzi, to...
*a może ja nie chcę być oryginalna?* inteligencja, jako taka tolerancja oraz choćby i najmniejsza iskierka dobroci (na szczęścia taką można znaleźć w prawie każdym, nawet najstraszniejszym indywiduum).

8. O czym najbardziej marzysz?
W tym momencie? Wiem, że zabrzmię jak Miss Nebraski w Wyborach Miss USA, która wykuła kwestie na pamięć i na wszelki wypadek napisała sobie ściągę na wewnętrznej stronie nadgarstka, ale chciałabym, żeby na świecie nie było wojen. Wiem, że to niemożliwe, bo tego nie da się wyplenić z ludzi, już jaskiniowcy walili się maczugami nawzajem po głowach (czy coś), ale osobiście nie jestem wielbicielką tego faktu. A tak poza tym tak strrraszliwie chciałabym zobaczyć "Nędzników" na scenie. (Nie, to nie de ja vu, serio piszę cały czas o tym jednym musicalu).

9. Czy kierujesz się w swoim życiu autorytetami?
Niekoniecznie. Mam kilka autorytetów i osób, które podziwiam/wielbię/adoruję/którymi zostanę gdy dorosnę, ale to nie jest tak, że kiedy muszę podjąć jakąś decyzję, kieruję się wyłącznie tym co te konkretne osoby by zrobiły. Trochę tak. Ale nie zawsze i nie wszędzie.

10. Najbardziej szalona rzecz, jaką chciałabyś zrobić, to...
Nie jest to może bardzo szalone, ale planujemy już z klasą "najszaleńszą akcję pod słońcem", która polegać ma na tym, że w środku miasta, względnie w szkole, zaczniemy się znienacka wić jak ta dziewczynka w teledysku do "Chandelier", a prym wieść będzie szlachetne dziewczę (które z miejsca pozdrawiam) w stylizowanej białej peruce.


A oprócz tego to strasznie, strasznie, ale to strasznie chciałabym wziąć kiedyś udział w jakimś flashmobie (flash mobie?). Dla mniej wtajemniczonych: flash mob/flashmob jest to coś takiego, kiedy człowiek jest sobie normalnie w centrum handlowym czy gdzieś, idzie sobie, nikomu nie przeszkadza, patrzy, a tu nagle obcy ludzie zaczynają śpiewać, tańczyć, jodłować, hołubce wycinać, zupełnie nagle, całe centrum handlowe się bawi, a człowiek biedny nie wie co robić. A to tylko flash mob.

Co? Piosenka z "Nędzników"? A, tak mi się wstawiło...
 
11. Co najbardziej chciałabyś w sobie zmienić?
Chciałabym zmienić swój sposób wyrażania się na prostszy i mniej pretensjonalny i wykształcić w sobie więcej cierpliwości. Nie pogardziłabym też nieco innymi cyferkami na liczniku wagi, ale oj tam oj tam, to mózg taki duży.

Uff! Pod koniec aż się filozoficznie nie zrobiło, nie uważacie?
 No dobrze, ludziki. Czas na moją inwencję twórczą! Łiii! Taaak! Hurra! Jupiii! Do rzeczy.
Oto pytania:

1.  Czy paliłaś/paliłeś kiedyś pochodnie?
2. Które ze zwierząt ma najładniejszą Twoim zdaniem nazwę: świerszcz, szarańcza czy cykada?
3. Wolałabyś/wolałbyś pracować jako tester czekolady za dwadzieścia złotych dziennie czy żywy manekin za dwieście złotych dziennie?
4. Jeśli podczas odpowiadania na to pytanie słuchasz jakiejś piosenki - co to za piosenka?
5. Jeśli podczas odpowiadania na to pytanie nie słuchasz żadnej piosenki - jakiej piosenki najchętniej być teraz posłuchała/posłuchał?
6. Jakiego jesteś znaku zodiaku i czy ma to dla Ciebie jakieś znaczenie?
7. Jaki jest Twój ulubiony materiał?
8. Jakie pytania najczęściej zadają ci inni ludzie?*
9. Co sądzisz o dalekich podróżach do egzotycznych krajów?
10. Jaką postać z baśni najbardziej chciałabyś/chciałbyś spotkać (i czy jakąkolwiek)?
11. Wolisz mydło w kostce, mydło w płynie czy inną formę mydła?

Ze względu na to, że LBA stało się ostatnio popularne i często spotykane nie nominuję nikogo, a właściwie: nominuję wszystkich, którzy na taką nominację mają chętkę. Nie krępujcie się i walcie śmiało! Tak!
Pod koniec tego jakże ambitnego posta chciałam tradycyjnie przeprosić (za nieobecność), podziękować (Tutti za nominację i ogółowi wszechświata za to, że jest morowy) i zwieńczyć me dzieło obrazeczkiem.
To wspaniałe zdjęcie jest mojego, czyli czcigodnej Bukwy!, autorstwa i przedstawia chrupek ryżowy na tle nieba.

Życzcie mi wytrwałości w pisaniu!
Wasza Bukwa

*pytania, które najczęściej zadają mi inni ludzie, to: "naprawdę masz tyle lat?!" (wyglądam na trzydziestoletnią babkę podobno, choć nie jestem ani przesadnie wysoka, ani się nie maluję - to pewnie ten wyraz niesamowitej inteligencji na mej twarzy) oraz "co to są te dziury w jego głowie?" (w odniesieniu do hodowanej przeze mnie jaszczury. Te dziury w jego głowie to, moi drodzy, uszy).
B.

piątek, 3 kwietnia 2015

Wiecie, że na Węgrzech, pod Budapesztem, jest jedyne na świecie Muzeum Marcepanu? Kusi, oj, kusi.

Chwała Wam!

Oto ja, tarsjusz, syn tarsjusza Szymborska forever Bukwa! Postanowiłam udzielić się literacko, lecz w obliczu nieuchronnego wyjazdu i paskudnie kończącego się czasu mój plan nie wypalił. Zbytnio. Toteż chciałabym Wam tylko życzyć tego, no, smacznego jajka i tak dalej. Dużo radości. I spokoju, i jeśli gdzieś jedziecie, to żebyście dotarły/dotarli bezpiecznie, i jeszcze życzę Wam i sobie, żeby była ładna pogoda, bo nigdy nie zaszkodzi, i dużo ciekawych książek, dobrego jedzenia, i żeby Wasze życie było epickie, żebyście zawsze miały/mieli dużo WENY (wena zasługuje na ten caps lock), żebyście nie przeistoczyły/przeistoczyli się w Bukwę, która ledwo skrobie w tej Otchłani, a w ogóle to jeszcze: żeby było świeżo, młodo i zielono, i pachnąco, i w ogóle, kocham Was! Jupiii!

 
 Jesteście *przestań mówić "epiccy", przestań, przestań* morowe ludziki!
Bukwa świeża i zielona

piątek, 27 marca 2015

Dobry człowiek to martwy człowiek, albo śmierć zaniedbaniu bloga

Witaj ludu!

I oto zgadnij, ludu, czemu piszę dzisiaj posta.

*symulacja ludu*

ANONIM: (z nadzieją) Bo stęskniłaś się za uzewnętrznianiem się w internecie oraz spełnianiem się literacko?
INCOGNITO: (z jeszcze większą nadzieją) Bo stwierdziłaś, że w końcu usuniesz tego beznadziejnego bloga i chcesz się pożegnać?
NIEZNAJOMY: Bo chciałabyś ujawnić nam po tylu latach swoją prawdziwą tożsamość, to jest oznajmić, że tak naprawdę jesteś czterdziestoparolatkiem z Kuwejtu?
KRYPTONIM: Bo znalazłaś w sobie chociaż trochę ochoty, a w swoim grafiku chociaż trochę wolnego miejsca?
NINJA: (z wiarą) Bo masz niesamowitą wenę (przepraszam, Wenę! - przyp. Bukw.), natchnienie i jesteś niesamowicie czymś zainspirowana, i po prostu nie wytrzymasz, musisz się tym podzielić w jakimś intrygującym, ciekawym poście?
BUKWA: Tak właściwie, niektórzy z Was mają rację, drodzy przedstawiciele ludu. Na Wasze nieszczęście nie jest to Incognito, a na Wasze szczęście nie jest to Nieznajomy. Natomiast wypowiedzi pozostałe brzmią jak dla mnie całkiem sensownie, zwłaszcza ta Kryptonimu. Ale główny powód jest taki, że... (bierze głęboki oddech) dzisiaj jest (pauza; napięcie wzrasta) MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ TEATRU! (wiwatuje)

No bo pomyślałam sobie, że trochę szkoda by było, żebyś, ludu kochany, o tym nie wiedział (jeśli żeś rzeczywiście nie wiedział). Więc chciałam tylko powiedzieć. No.

Koniec

No dobrze, może nie kończmy tego tak szybko, coś Wam się jeszcze od Bukwy należy, zaniedbałam Otchłań, znowu, (tak, ja serio muszę się tłumaczyć i tak kluczyć w każdym poście), no. Więc... cóż, ostatnio dałam znak życia 6 marca, czyli dokładnie trzy tygodnie temu. W tym czasie trochę się wydarzyło, ale punktem kluczowym jest chyba dzień następujący po dniu opublikowania chwalebnego poprzedniego posta, czyli - uff - 7 marca. Czyli moje urodziny. Tak nieskromnie mówiąc.
Były to prawdopodobnie jedne z najbardziej zacnych urodzin na tym świecie, a przynajmniej tego dnia. Bo był teatr. Dłuuugie, długie, bardzo dobre przedstawienie, miłe ludziki wokół mnie, no i, wiadomo, prezenty (prezenty muszą być. Muszą.), a wśród prezentów - ach, ileż książek! *radosne uniesienie* No i nie tylko wśród prezentów, bo ostatnio jakoś podejrzanie dużo mi się tych lektur nazbierało w domu. Wracając do rzeczy, chciałabym się z Wam podzielić krótką listą moich niedawnych doświadczeń literackich (jest ich trzy w sumie, ale cóż). I nie, to wcale nie jest tak, że nie miałam lepszego pomysłu, skądże! No bo co. Ksionszki są fajne, ostatecznie.

1. "Folwark zwierzęcy" pióra George'a Orwella (nabytek własny w dziwnym małym sklepiku w obcej miejscowości - wyrzekłam się dla niego książki o kulturze i świętach żydowskich!)
Pewnie go spora grupka kojarzy (zwłaszcza że znajduje się na sławetnej już Liście BBC - kolejny tytuł do odhaczenia!). Pisząc "Folwark", Orwell nawiązywał do (przygotujcie się na rozbrajającą ogólnikowość) czasów ZSRR i te de, lecz Bukwa nie jest asem w historii, toteż konkretnych dat czy wydarzeń niestety Wam nie przytoczę. Mogę rzec jedynie, że ta książka - i to według samego autora - odnosi się ogólnie do wszystkich systemów totalitarnych, więc pozostaje aktualna. A mówiąc prościej: opowiada o zwierzętach, które w akcie buntu wyrzucają z farmy swego właściciela (pana?) i zaczynają nowe życie w republice. Wkrótce jednak okazuje się, że co prawda wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych. *tam tam taaaam*
Orwell ma pożądaną zdolność pisania językiem prostym i niechaotycznym (nie chaotycznym?), ale trafnym. Nie potrzebuje miliarda przymiotników i tysięcy nawiasów (pozdrawiam), ale potrafi ująć wszystko w słowa dokładnie tak, jak być powinno. Dodatkowo jego książka jest po prostu ciekawa sama w sobie. No i to klasyka. Czegóż chcieć więcej?

2. "Osobliwy dom pani Peregrine" pióra Ransoma Riggsa (prezent - a konkretniej dwa, dostałam tę samą książkę od dwóch osób, przypadek? nie sądzę)
To książka zupełnie z innej beczki. Mam tu na myśli, że jest zdecydowanie bardziej "typowo młodzieżowa". Ciągnęło mnie trochę do niej, bo lubię historie ze zmutowanymi dziećmi o ludziach, posiadających pewne nadprzyrodzone moce jak to brzmi. Miałam więc okazję do zapoznania się z Jacobem, którego tajemnicze historie dziadka o magicznym sierocińcu sprowadziły na małą walijską wyspę. No wiecie, mrok, samotność, owce, mokradła.
 
Pan Riggs i ja mamy pewną cechę wspólną. Obojgu nam zdarzają się pomysły na genialnych bohaterów, genialny świat i genialne zależności tego świata. Oboje też nie mamy pomysłu na rozkręcenie akcji i dopracowanie fabuły. Ale! Nie chodzi mi o to, że "Osobliwy dom..." jest książką nudną. Przeciwnie! Ma w sobie to coś, i to zdecydowanie. Chodzi mi o to, że nie ma tam właściwie jakichś powalających zwrotów akcji. Ale też i takich zwrotów akcji nie potrzeba, bo ta książka ma swój klimacik.
Z drugiej jednak strony ma też parę wad, których nie będę wyliczać, bo obiecałam sobie, że się nie rozpiszę i powiem tylko o ogólnych wrażeniach. A ogólne wrażenia są, mimo wszystko, pozytywne. Amen.

3.  "Jedwabnik" pióra Roberta Galbraitha
Mam deja vu. Pewnie się okaże, że już o tym pisałam, bo "Jedwabnik" czytałam już jednak dosyć dawno - ale oj. Najwyżej dwukrotnie sobie poczytacie o nim. Otóż. Robert Galbraith (a tak naprawdę *tajemnica poliszynela* J. K. Rowling) obdarzył czytelników kolejnym kryminałem z udziałem Cormorana Strike'a (czyt. detektywa) i jego asystentki Robin (czyt. Łotsona, ale ogarniętego). Lubię tę parkę (choć liczę, że nie nawiążą ze sobą miłosnej relacji. Byłoby dziwnie), lubię Rowling Galbraitha, a przede wszystkim - kocham kryminały. Ten był całkiem na poziomie, taki, jakiego w miarę potrzebowałam, choć nie tak dobry jak poprzednia książka ze Strikiem ("Wołanie kukułki"). Ale oj tam, oj tam. Jeśli więc zazwyczaj przypadają Wam do gustu:
a) książki J. K. Rowling;
b) książki detektywistyczne;
c) detektywi o dziwnych imionach, za to bez jednej nogi;
d) morderstwo, które zostało zaplanowane przez samą ofiarę, a przynajmniej wszystko na to wskazuje;
e) Londyn;
f) środowisko pisarsko-wydawnicze jako świat przedstawiony;
g) ogólne ogarnięcie książki...
... przeczytajcie "Jedwabnik"! Hurra! O tak! Juhuu!

Ach, nie przypuszczałam, iż krótki opis i wyrażenie opinii o zaledwie trzech książkach zajmie mi aż tyle czasu - serio, nie wiem co ja robię jak piszę te posty. Ech.

Na koniec chciałam Wam tylko powiedzieć, że jesteście super i zakrzyknąć: do następnego posta! Jupijajej!
Wasza B.

PS Pamiętajcie o nigdy niegasnącej epickości teatru.
 

piątek, 6 marca 2015

Beata D., znaleziska jutubowe, generalny bezsens i miszmasz - ale na końcu jest zdjęcie słodkiego bobaska.

Witajcie!

Jak co bystrzejsi z Was (no, czyli w sumie wszyscy) zdążyli zapewne zauważyć - Otchłań w ruinie. Weny nie rzucili. Znowu. Postanowiłam jednak wziąć się w garść i dobić chociaż do punktu przyzwoitości, czyli do jednego posta na tydzień. Zatem oto zaczynam! Yay!
Nawiedzają mnie od czasu do czasu szalone pomysły na posty, jednakowoż zazwyczaj umierają w kątach mej podświadomości, lub, co zabrzmieć może nieco mniej drastycznie - zapominam o nich. Zapominam je, właściwie. Cóż zatem czyni mądra Bukwa? Mądra Bukwa odwołuje się zatem do zdarzeń prawdziwych, autentycznych i jedynych w swym rodzaju całkiem, to jest do tego, co dzisiaj (tak, właśnie dzisiaj, ten post to świeżak! A co!) przeżyła. A co Bukwa dzisiaj przeżyła? No właśnie. Rzecz zdecydowanie wartą uwagi.
Nie, nie porwało mnie UFO i nie pokazało mi swojej planety ulepionej z plasteliny gdzie wszyscy jeżdżą na sokowirówkach.
Debata (anagramy: Beata D.; e, ta dba; Be, data!; synonimy: dyskusja, jestem za głupia na wymyślenie większej ilości synonimów, może rozprawka?; antonimy: bakłażan) jest to rzecz fascynująca. Mówiąc językiem prostym i zrozumiałym, dwie drużyny wykłócają się o coś w możliwie najbardziej cywilizowany sposób, zazwyczaj z użyciem aparatów gębowych (do mówienia, nie gryzienia wbrew pozorom). Przyszło mi dzisiaj być członkiem drużyny, która w debacie opowiadać się miała za wegetarianizmem - naszym wrogiem numer jeden została drużyna oponentów, reprezentująca postawę przeciwną. (Dla ogólnego rozjaśnienia sytuacji: wszystko to było debatą międzyszkolną: osoby chodzące na etykę - lub, właściwie, na religię i na etykę - z naszej szkoły + nasza publiczność kontra osoby chodzące na etykę z wrogiej matematycznej szkoły + około osiemdziesięciu widzów, także stamtąd. Wiem, te zdania są takie uporządkowane. Kończymy nawias). Przypadła mi zaszczytna rola Mówcy Pierwszego, w związku z czym raczyłam słuchaczy swym wywodem jako pierwsza. Na szczęście jakiejś wielkiej wpadki (no, może oprócz zostawienia notatek i zużytej chusteczki do nosa na mównicy) nie popełniłam (chyba), a według niektórych głosów mówiłam wręcz bardzo dobrze. Ach, szczęśliwe życie Mówcy Pierwszego, do którego aż tak bardzo się nie czepiają.
Następnie mówili kolejni Mówcy, przerzucali się argumentami, zgłaszali uwagi, zadawali pytania, chodzili w poszukiwaniu mikrofonów, jąkali się, rzucali sobie wrogie spojrzenia i świetnie się bawili! Hurra! Yay!
Niestety nasza drużyna przegrała (ale to była nasza pierwsza oficjalna debata w życiu, podczas gdy nasi przeciwnicy zaprawiają się w takich co miesiąc), ale i tak możemy nacieszyć się "nagrodami pocieszenia" w postaci dyplomów, smyczy na klucze i koszulek (będzie na pionierkę *muahahaha* [uwaga! dla mniej wtajemniczonych: pionierka = budowanie obozu). Ale i tak bardzo mi się podobało. Całkiem lubię dyskutować, lubię takie ćwiczenia dla umysłu, lubię patrzenie na ten sam temat z różnych perspektyw, lubię zaginać czasoprzestrzeń ludzi swoimi uwagami (chociaż nikogo za bardzo nie zagięłam, ale wyobrażam sobie to uczucie. Czasem mi się wydaje, że jestem zbyt wrażliwa, żeby tak kogoś shejcić, ale będę się wprawiać). I w ogóle lubię debaty.
Jednak jest też aspekt trochę mniej pozytywny, związany z samym tematem (przypominam: czy zwierzęta należy usunąć z naszego jadłospisu?). Wiecie, jednak jest trochę tych przemyśleń o człowieku i o naszej umierającej planecie. Mogłabym zarzucić dramatycznymi liczbami, ale wystarczy mi ich jak na jeden dzień. Jednak chyba zrozumiecie, o co mi chodzi, jeśli obejrzycie tę animację. Tę, o tu, pod spodem.

 
(Jeśli nie chce się odtworzyć:  https://www.youtube.com/watch?v=WfGMYdalClU Chociaż tak wygląda bardziej profesjonalnie.)

A skoro już jesteśmy przy ćwiczeniu wstawiania filmiku, oto prezentuję Wam dwa covery i dwa utwory coverem nie będące, ale za to jednej i tej samej istoty ludzkiej. Od czasu do czasu przemierzam bowiem jutuba, szukając różnych fajnych ludzi, a właściwie ich piosenek. Lubię takie na jeden instrument, ewentualnie trzy, z mikrofonami oklejonymi taśmą klejącą, leciutkie, wolne (nie w sensie tempa, ale w sensie całej reszty), i może nie jest to coś najambitniejszego, to mi jak najbardziej pasuje.
A zatem przedstawiam państwu...
FILMIK #1: cover
Oto prezentuję Wam młodocianą wokalistkę z harfą (za dziesięć lat, pamiętajcie, będę już grać na harfie! Ale wiolonczeli nie przebije): Anna McLuckie! Yay!

(Nieprofesjonalna mała czcionka: https://www.youtube.com/watch?v=hoda-sLt6fY)
Śmiesznie, że ktoś o nazwisku McLuckie śpiewa piosenkę "Get lucky", nie?
Anna ma nietypowy głos (trochę kojarzy mi się z Dolores O'Riordan, wokalistką The Cranberries, tych od "Zombie", wiecie. Emol cedur giedur dedur zawsze. *kod gitarzystów*), ma harfę i brzmi fascynująco. Czego chcieć więcej? Oryginał może się schować. Zaraz.. jaki oryginał? Co? Eee, jaki... co? Nie, żaden tam oryginał. To jest to. 
Jak widzicie, moja młodociana harfistka występowała w brytyjskim programie muzycznym, ale nie wiem co się z nią dalej stało. Szczerze wątpię, czy wygrała, i mogę to poprzeć argumentami (a gdy mówi to ktoś, kto właśnie wrócił z debaty, nie należy tego lekceważyć), ale chyba sami wiecie. To nie ten typ artystki (lub artysty w przypadku mężczyzny).

FILMIK #2: też cover
No wiecie. Fortepian. Wiolonczela. Piosenka, której oryginał, mimo iż nadużywany w radiu i ogółem, jest całkiem w porządku. A w ich wykonaniu... miodzio. 

(Nieprofesjonalna mała czcionka: https://www.youtube.com/watch?v=hoda-sLt6fY)
No dobra, przyznaję się, dla mnie wszystko co zawiera wiolonczelę jest dostatecznie dobre by dostać zaszczyt wstawienia na Otchłań, więc nie musicie tego komentować.

FILMIK #3: utwór własny i całkowicie autentyczny
A oto i Molly, dziewczę pochodzenia angielskiego jak mniemam, obdarzone również całkiem ciekawym wokalem, a dodatkowo fortepianem, gitarzystą i skrzypaczką (to może nie to samo co wiolonczelista, ale ujdzie). Występowała na... ach, jak głupio się przyznawać... zębami zgrzytam... na Eurowizji (uff), reprezentując Wielką Brytanię. *poznawanie nowych muzyków przez kiczowate programy - zawsze* 

(Nieprofesjonalna mała czcionka: https://www.youtube.com/watch?v=bK2ssKDAMvQ)
To jeszcze sprzed Eurowizji *tfu!*, właśnie z gatunku "napisałam piosenkę w wie godziny, przykleiłam mikrofon taśmą i jestem epicka". Jak mawia ludowe przysłowie, o gustach się nie dyskutuje, zatem powiem tylko: aj lajk it priti macz.

(Już wiecie co: https://www.youtube.com/watch?v=1QUr-yekSXY)
A to piosenka z Eurowizji w wersji akustycznej. Me serce podbite tą łódką i kapeluszem. ♥

Hm... taki to post trochę o niczym, mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza, ja bawię się całkiem dobrze.
A jutro są moje urodziny. Idęnahamletaidęnahamletaidęnahamletaidęnahamleta W związku z czym wybieram się na spektakl zatytułowany "Hamlet", i to z całkiem sporawą grupką przyjaznych istot ludzkich. No i po raz drugi: czego chcieć więcej?

No... więc cóż... w duchu tego posta napiszę rozmemłane zakończenie, że wiecie no, jak chcecie to napiszcie coś o debatach, albo o wegetarianizmie, opowiedzcie o swych muzycznych odkryciach (właśnie! Proszę mi tu paskudnie nie hejcić moich biednych znalezisk, jak ktoś pohejci paskudnie, to będzie mi przykro), obejrzyjcie animację, zastanówcie się nad światem, przeczytajcie "Władcę much" i bawcie się dobrze!

Kocham Was, ludki.
 Bukwa

PS Odkryłam, co będzie moim celem w życiu! Otóż zamierzam przeczytać wszystkie książki z listy BBC (czyli listy pozycji, które należy przeczytać przed śmiercią). jest dokładnie sto, ja przeczytałam już 16, 5 (ale "Folwark zwierzęcy" już kończę, więc wkrótce 17) pozycji. Oto, co chcę w życiu robić, amen.

sobota, 7 lutego 2015

Brace yourselves, czyli wielokropki melancholii i życie w ramach zasady (w)YOLO(nczela)

Witaj, ludu!

Kiedyś, może we śnie, ujrzycie Bukwę powożącą konnym orszakiem z wiolonczelą na (wiolon)czele i wrzeszczącą "Wio(lonczela!". A (wiolon)cze(la)mu? Bo (w)YOLO(nczela)!

Wreszcie doszła. Po wielu trudach z wypożyczalnią, zamawianiem i kurierem. Jak się okazało, siedziba wypożyczalni, którą podejrzewałam o stacjonowanie w mym rodzinnym mieście, okazała się mieścić w Bydgoszczy. Dlatego pozdrawiam oficjalnie Bukowinę i BonaVonTurkę vel Hipisa, albowiem to cudo przyjechało do mnie od Was, hurra! Pozdrowienia (specjalne Bukwiaste Pozdrowienia!) należą się przy tym również innym mieszkańcom Bydgoszczy, którzy są ninja i czytają, nie komentując. Bydgoszcz górą!

Moja wiolonczela ma dziwny, czerwonawy kolor i, jak określiła to moja nauczycielka vel mentorka, głuchy bas, ale kocham ją jak własną już od dwóch dni! A kalafonię (dla mniej wtajemniczonych - czysta żywica, którą nacierasz włosie smyczka. Czuję się tak kompetentna. #przemądrzałośćgórą #hasztagidołem) trzeba rozcierać, bo jest stwardniała - no, bo jej nie używałam wcześniej. Ale teraz mogę... jeju, to jest takie super. To chyba instrument mojego życia. Dziesięć lat później odkryję, że to drumla jest instrumentem mego życia, to dla mnie jasne, ale na razie cieszę się tym co mam. Ach, drumlo. Kocham jak wiolonczela wibruje przy pustej C. Kocham naciągać smyczek. Kocham te esofloresowe otwory rezonansowe (co za przyziemna nazwa!) piszę w nawiasach i je skreślam i ta mała czcionka, chyba wiolonczela się na mózgu zbyt mocno odbiła. Lecz nie po to się tu zebraliśmy, drużyno.

Zebraliśmy się tutaj, gdyż nadchodzi zima.





No dobra, dobra. TAG jest taki (tak jest, tagi). Nadchodzi zima. Ale jest o książkach - a książki sie tu kocha zdecydowanie! Za sprowokowanie mnie do popełnienia posta dziękuję Poli stąd --> tutaj paczajcie!



  1.   ŚNIEG - Kiedy spada na ziemię świat od razu robi się piękniejszy, ale gdy sypie zbyt długo, zaczyna być dla nas uciążliwy i denerwujący. Książka, o której zmieniłam/em zdanie podczas czytania to... 
"If I stay"/"Zostań jeśli kochasz" pióra Gayle Forman. Mówiąc szczerze, miałam co do tej książki wielkie nadzieje. Przyznam się, że zrobiłam rzecz niewybaczalną, oglądając film bez przeczytania jego pierwowzoru, ale mogę na swe usprawiedliwienie dodać, że nie wiedziałam, że tak mogę, bo zwyczajnie nie wiedziałam że takowy pierwowzór istnieje. A potem się dowiedziałam. I bardzo chciałam się z nim zapoznać. (No dobra, okej, bo występuje tam wiolonczela... jestem ostatnio bardzo monotematyczna). Więc się zapoznałam. No i cóż, było dobrze, zapowiadało się cudnie, ale w końcu z moich wielkich nadziei pozostały może nie smętne popioły, ale balonik, z którego uszła już połowa powietrza. Książka jest dobra, naprawdę. Ale nie taka, jak sądziłam że będzie. Zabrakło mi jakiejś iskierki w narracji, nie wiem. Pewnie gdybym czytała to kiedy indziej, bardzo by mi się podobało, tyle że tak wiele jest opowieści o miłości, dojrzewaniu i tak dalej.
Ale i tak bardziej radykalnym przykładem jest "Krew Olimpu" pióra Ricka Riordana. Mimo rozdziałów poświęconych prawie w całości jednej z moich ukochanych postaci (Nico, nie martw się, z tą wiolonczelą to tylko przyjaźń, nie odchodź) - zresztą w ogóle postaci są wielkim (jeśli nie jedynym) plusem całej serii o Olimpijskich Herosach - książka sama w sobie okropnie mnie zawiodła. Aż się w niej roi od błędów logicznych *tryb mądrala: on* i w ogóle! Ech. Przejdźmy dalej, nie chcę o tym wspominać. *chlip*




2.BAŁWAN- przyznajcie, że lepienie go z całą rodziną jest bardzo zabawne. Książką, którą mogłabym przeczytać z całą rodziną jest... 

 Poradnik "Jak się nie kłócić 24 godziny na dobę".
 Nie no, dobra, nie jest tak źle. Hm. Chyba z całą rodziną przeczytałabym jakąś książkę Agathy Christie z Poirotem, którego fanką jest nawet moja (dużo) młodsza siostra. Kto nie lubi Poirota? Co prawda nie wiem, jakim cudem mielibyśmy to razem przeczytać, ale raz się przecież żyje, no nie? O, fajna jest też "Dynastia miziołków" Joanny Olech, dla rodziny właściwie idealna. Są w niej momenty, które chociaż znam już na pamięć, i tak wywołują we mnie śmiech. *Bukwa przełamuje mhrok* Pozdrowienia dla Mamiszona, Papiszona, Kaszydła, Małego Potwora i oczywiście Miziołka!


3. ŚWIĘTY MIKOŁAJ - Jak wszyscy dobrze wiemy przynosi niesamowite prezenty. Książka, którą chciałabym dostać to...
"Never fade"/"Nie gasną" Alexandry Bracken. (No i jeszcze "In the afterlight", "In time" i "Sparks rise" tej samej autorki, cóż.) Jestem właśnie w trakcie pierwszej części jej trylogii "Mroczne umysły", czyli książki zatytułowanej o dziwo "Mroczne umysły". Chwilowo przeżywam szok związany z trafieniem na pozycję, która tak idealnie do mnie pasuje. Jest tam prawie wszystko co kocham: geniusze, siła umysłu, mistrzowscy bohaterowie, podróże minivanem, a nawet wzmianka o jednej z dwóch Najlepszych Powieści Tego Świata (no, czyli "Władcy much" - druga to "Zabić drozda". Nie spodziewaliście się, że taką ambitną literaturę Bukwa czyta, co? Też bym się nie spodziewała, sądząc po moim uwielbieniu do Nica.)! No po prostu czego chcieć więcej? Bardzo, bardzo, bardzo chcę przeczytać dwie dalsze części tej serii, i inne książki, które do niej nawiązują. A najlepiej w oryginale. Mój borze, jak dobrze o tym pisać. Aaaaaa! No ja nie mogę, te książki naprawdę do mnie przemawiają. Wołają: Bukwa, no weź, potem skończysz posta, a teraz choć i się dowiedz, dlaczego Uciekinier... ojć.


4. ŚNIEŻKA - Uderzenie nią boli i nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Książka, która wywołała we mnie silne emocje to... 

Prócz wyżej wymienionych pozycji oraz "Szukając Alaski" Johna Greena, ORAZ "Przepowiedni Dżokera" Josteina Gaardera", ORAZ "Oro" Marcela A. Marcela, ORAZ kwadryliona innych superpowieści: książki autorstwa Jacqueline Wilson. Było to w okresie sprzed lat paru, kiedy Bukwa nie była jeszcze Bukwą, albowiem Otchłań nie istniała (możecie to sobie wyobrazić? Ja, chociaż tak się ociągam z postami, chyba nie mogę). Spory dorobek Jacqueline Wilson przewijał się przez moje ręce za każdym razem, gdy odwiedzałam z babcią lokalną bibliotekę. Była więc "Dziewczynka z walizkami" o córce rozwiedzionych rodziców, "Lola Rose" o matce uciekającej z dziećmi od męża i chyba nie tylko to, ale najbardziej przeżyłam "Podwójną rolę". To była historia o bliźniczkach, Ruby i Garnet, które wszystko robił razem, tyle że Garnet była bardziej spokojna i lepiej się uczyła. No i oczywiście bach! wszystko się pokiełbasiło. Pod koniec płakałam. Przypominam jednak, iż było to dawno. *nie chcę stracić wizerunku mhrocznej Bukwy, wiecie*
Ach, pani Wilson...
(Tutti - łączę się jeszcze w bólu po stracie Nemeczka... "Chłopcy z Placu Broni" to mistrzostwo.) 
(A, no i jeszcze "Most do Terabithii"... *te wielokropki melancholii*)




5. JAZDA NA SANKACH - kochają ją wszystkie dzieci. Książka, którą uwielbiałam będąc dzieckiem to...

Książki Astrid Lindgren, różne (ale najbardziej "Dzieci z Bullerbyn" i ten wspaniały rozdział jak Ollemu ruszał się ząb... i jak Lisa szła po kiełbasę z Anną... i jak siedziały w rowie! O!). I "Harry Potter", borze, kto go nie kocha? Seria o młodocianym wampirze Rydygierze i jego przyjacielu Antosiu (Angela Sommer-Bodenburg) i książki o Atramentowym Świecie (Cornelia Funke). I Narnia. No i teraz nie wiem co wybrać, ech, Bukwa ze mnie.



 6. HERBATA - Rozgrzewa nas, kiedy przychodzimy do domu przemarznięci po szaleństwach na śniegu. Książka, która ma dla mnie wartość sentymentalną to...

No... wszystkie powyższe. Eee, no kurcze, jeszcze mam wymyślać? No dopsz. Dopsz, dopsz. Wartość sentymentalna... Naprawdę nie wiem, co jeszcze mogłabym wymienić. Wszystkie moje ukochane książki, z teraz i z dzieciństwa, są tam na górze w niebie... ach. I wszystkie mają dla mnie wartość sentymentalną. Chociaż.. jest jedna książka. Nazywa się "Mała miła kropelka". Niestety niedokończona. *czytelnicy kminią* Tak, tak, to książka autorstwa na oko pięcioletniej wówczas Bukwy, opowiadająca o przygodach to zastanawiające! małej, miłej kropelki, która wpadła do ścieku (czyżby autoprzepowiednia? Ja przecież będę żulem.), z ilustracjami autorki. Imponujące, co?

 Dobrze, ludziki. Mam nadzieję, że nie pomarliście tam po drugiej stronie ekranu. W sumie śmieszny był ten TAG i fajnie było powspominać dawno czytane książki. *ach*

A na koniec... zgadnijcie co? Tak! Obrazeczek!
No jednak trza taki typowo fanowski obrazeczek dać.

RoszPUNKa. Sorry, musiałam :P
Jeszcze większe "sorry, musiałam" ♥
Trzymajcie się tam wszyscy! Kocham Was! Yay!

Wasza oczytana i generalnie dżinialna 
Bukwa

PS The darkest minds never fade in the afterlight
PS2 Hue, to pięćdziesiąty post. Jeszcze tylko drugie tyle i będzie setka. O matko.