środa, 31 grudnia 2014

Szczerość wobec siebie, czyli postanowienia noworoczne - wersja alternatywna

Ach, moi najdrożsi czytelnicy.

Trzeba być szczerym wobec siebie.

POSTANOWIENIA NA 2015

1. Będę ograniczała słodycze. Będę żarła czekoladę dniami i nocami, będę podkradać ją z miejsca, w którym zazwyczaj jest przechowywana, z miejsc, w których zazwyczaj nie jest przechowywana, oraz z kieszeni niewinnych pasażerów komunikacji miejskiej.

2. Będę dbać o linię poprzez ćwiczenia i sporty. Zamorduję swoją wuefistkę, żeby raz na zawsze skończyć z lekcjami wychowania fizycznego. Rześkie popołudnia spędzać będę na gniciu przed komputerem i garbieniu się nad książkami (bynajmniej nie szkolnymi).

3. Wezmę się za siebie i dobiję do czwórki z matmy na koniec roku - przecież stać mnie na to i na więcej! Ostatkiem sił dobrnę do świetlistej, chwały i gloryi pełnej, powalającej na kolana trójki! Oto ja, nieustraszona Bukwa! Drżyj, matematyko!

4. Popracuję nad charakterem i nauczę się nie wpadać tak szybko w złość. Dokupię sobie zapas poduszek do gryzienia w furii.

5. Zacznę wstawać trochę wcześniej niż dotychczas, żeby na sto procent wyrobić się ze wszystkim. Ferie skutecznie zaburzą mój wewnętrzny porządek, dzięki czemu do kwietnia będę budzić się dwadzieścia minut później niż powinnam. (Naprawdę, to ma realna obawa. Już widzę siebie, pędzącą do komunikacji miejskiej w kapciach - nie noszę kapci, ale to barwna wizja - i z wypchaną torbą, jak łopocząc połami szlafroka - którego, swoją drogą, też nie noszę - stanowię cudowny obraz spóźnionej o pół lekcji do szkoły.)

6. Zacznę chodzić wcześniej spać.  Jak już mówiłam, po nocach będę żarła kradzioną czekoladę, więc to chyba zrozumiałe, że nie zamierzam spać w ogóle.

7. Będę pisać długie, interesujące i inspirujące posty na moim blogu. A, czasem coś tam skrobnę w tej Otchłani. Tak raz na dwa miesiące, chyba im wystarczy.

8. Stanę się niezależna i dojrzała, czyt. uwolnię się od moich wszystkich fikcyjnych miłości. Mój borze, Nico mi się śnił (już dwa razy! Naprawdę! *dzikie podniecenie*), może to znak, że wkrótce się pobierzemy?

A teraz na poważnie (no, poważnie jak poważnie, ale... no jeju, dobra, po prostu życzenia chcę Wam złożyć no): Nowy Rok nam nadchodzi. 2015. Nie podoba mi się ta liczba, bo nie dzieli się ani przez dwa, ani przez trzy (!). Ach, żeby przynajmniej sam rok był udany! Ale kurczę, wyobraźcie sobie, że ludzie żyją już na Ziemi ze cztery tysiące lat (co najmniej, ale nie jestem zbyt dobra z historii, więc nie wiem - grunt, że jakoś paradoksalnie dużo tych lat). I nadal się nie wybiliśmy! Nasz ograniczony gatunek zaskakuje mnie z każdym dniem. Ale! Dość tych dygresji, czas na życzenia noworoczne! *jupiii!* Tak więc życzę Wam, aby Nowy Rok przyniósł ze sobą radość, nowe ciekawe cele do osiągnięcia i marzenia do spełnienia, i dużo okazji do osiągnięcia tychże celów i spełnienia tychże marzeń. No i jeszcze życzę fajnego Sylwestra (znowu, ale oj) - Sylwester rzecz ważna!

O, tak to mniej więcej powinno wyglądać. ALICJA ♥


środa, 24 grudnia 2014

Wesołych świąt!

Kochane ludziki!

Na początek: chciałam Wam wszystkim bardzo, bardzo podziękować za wszystkie przeurocze i przesympatyczne komentarze oraz za wszystkie genialne posty, które z kolei ja mogłam skomentować. Uwielbiam Was! To moja druga Wigilia w legendarnej już Otchłani i jestem zdecydowanie zadowolona, że tyle dotrwałam, ale przede wszystkim - że Wy tyle dotrwaliście/dotrwałyście. *zakłopotany uśmieszek małego lemurka*

Do rzeczy (bo zaraz zaczniecie rzygać tęczą, no i to już nudne, jak się tak rozczulam, więc daaaleeej, jadymy z tym koksem!): z okazji Świąt życzę Wam zdrowia (zdrowie rzecz ważna), radości (i dużo powodów do tej radości), przyjaciół - nie musi być ich jakaś zatrważająca liczba, ale żeby chociaż jeden był - zawsze, do końca życia (tak radośnie), no i do tego jeszcze sporo WENY i pomysłów, jakby tu sobie ułożyć życie (chyba że już macie ułożone, w takim razie - byle tak dalej!) ♥

Na koniec: obrazek, bo obrazek być musi. Ale chyba nie spodziewaliście się (albo -łyście się... Niby same tu dziewczyny, ale trza być w życiu przezornym, ot co? [Przezorną!]), że nawiąże on jakkolwiek do tematu, co nie? 

To z "Rodzinki Robinsonów". Borze, kocham ten film (taa, mogliście się już przyzwyczaić, że ja kocham mnóstwo animacji dla dzieci, więc wiecie... tia.) ♥

Post z życzeniami świątecznymi? Wstaw do niego gifa z gadającym dinozaurem, bo czemu by nie?

Mam nadzieję, że dobrze spędzicie te Święta, no i że potem dorobicie się Sylwestra wszech czasów (choćby i miałoby to polegać tylko na czytaniu książki przez całą noc - powiedziałabym wręcz "nawet jeśli nie" zamiast "choćby i" :D)!

Wasza Bukwa

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Detektywi - opis przypadku, czyli w tym poście jest zdecydowanie za dużo myślników

Hej, ludziki!

Posta nie było od tygodnia z kawałkiem, więc dzisiaj jakoś mnie wzięło, natchnęło/popchnęło poczucie obowiązku, no i oto jestem. To ja. Co prawda nie opłaca się pisać posta na dwa dni przed Wigilią, kiedy wystarczy wklepać krótką rymowankę z życzeniami i odhaczone (Bukwa ujawnia się jako pogardliwy i wyrachowany zgorzknialec). Ale mam dosyć ciekawy (przynajmniej we własnym mniemaniu - ach, ja! Feels like a Narcyz) temat, więc w sumie czemu się krępować?

Temat dotyczyć będzie kryminałów, a dokładniej - ich głównych bohaterów. Dlatego też Ci, którym to nie odpowiada, mają przywilej usunięcia się z drogi, nim rzucę im zdumione spojrzenie pod tytułem "ale jak to nie znasz Sherlocka Holmesa? Ale jak to nie kojarzysz Herculesa Poirot?!". Mimo to zachęcam jednak do przeczytania - może się jeszcze przekonacie?
Ale o co w sumie chodzi? Otóż o to, jak trudno musi być skonstruować postać detektywa, która się przebije. Co sprawiło, że niektórzy z nich (patrz wyżej) przeszli do historii? Co ich łączy? Ale przede wszystkim - co dzieli, bo każdy pisarz kryminałów stara się wyposażyć swojego głównego bohatera w zestaw cech unikalnych, zarówno charakteru, jak i wyglądu. Może więc przyjrzymy się kilku przykładom? Przykładom i książkowym, i filmowym, zaznaczmy.

1. Sherlock Holmes
Wbrew temu, co pisałam zapobiegawczo na górze - słyszeli o nim chyba wszyscy. Błagam. Początek literatury kryminalnej, czyli ten supergenialny, chłodny i energiczny prywatny detektyw. Od razu kojarzony z czapeczką w kratkę i fajką, no i analitycznym umysłem. Skrzypek (♥) i narkoman, z nieodłącznym Watsonem u boku. Przedstawiany w dziesiątkach filmów (w większości jako gość w podeszłym wieku, chociaż w sporej części książek był bardzo młody, po studiach - tak przynajmniej wykazała moja niezbyt zaawansowana dedukcja, przeprowadzona na boku w trakcie lektury), z których widziałam tylko półtora. Dokładniej jeden serial (czyli "Sherlock BBC", którego kocham i nikt mi na zabroni - genialnie zrobiony) i połowę "Gry cieni" z Robertem Downeyem Jr w roli Holmesa. Interesująca propozycja (czyt. matko, nie podejrzewałam, że ten aktor może mieć cokolwiek wspólnego z moim wyobrażeniem Sherlocka), trochę mroczna. No ale niestety obejrzałam ją tylko do połowy. Ale przysięgam, już nigdy więcej nie pozwolę, by od wchłaniania kultury oderwał mnie tak prozaiczny powód jak późna pora! Ale ad rem. Jaki jest Sherlock? Taki, jak już pisałam wyżej, czyli chłodny, logicznie myślący, a także przeżywający pewne huśtawki emocjonalne - najpierw jest niesamowicie pobudzony, potem niesamowicie bierny. Jednak przede wszystkim to błyskotliwy geniusz. (czy to nie masło maślane? Ale oj tam, skoro to prawda)

2. Hercules Poirot
Także dosyć znany, bo stworzony przez królową kryminału - Agathę Christie, belgijski detektyw nazwiskiem Poirot zdecydowanie wzbudza sympatię. Pedantyczny, o nienagannych manierach i wielkich wąsach. Tak jak mówi cudowny art - z lubością korzystający ze swoich małych szarych komórek. W śledztwach towarzyszą mu rożne osoby - czasem jego własny Watson, czyli kapitan Hastings, czasem różni starzy znajomi, przez kilka książek pisarka Ariadne Oliver. A czasem mały Belg działa tylko na własną rękę. Tak jak Holmes dociekliwy i czujny - ale to właściwie cecha każdego detektywa. Kolejna rzecz, która łączy tych dwóch, to niechęć, jaką żywili do nich twórcy. Conan Doyle spycha Sherlocka z urwiska (ale potem sprowadza z powrotem do życia, bo zrozpaczeni czytelnicy nie dawali mu spokoju. Lubię tych czytelników.), Poirot ginie w Kurtynie. Agatha Christie wręcz go nienawidziła, ale - o! ironio losu! *złośliwy uśmieszek* - to jej najciekawszy i najzabawniejszy detektyw. Jest też bohaterem mnóstwa książek, ale ja, chociaż się tutaj wymądrzam, nie przeczytałam ich wcale tak wiele - więc nie traktujcie moich słów poważnie, ech. Ale taka jest prawda, ja po prostu jestem beztroska niczym motylek skaczący z kwiatka na kwiatek.

3. Cormoran Strike *OD TEGO MOMENTU ZACZYNAJĄ SIĘ DETEKTYWI, KTÓRYCH NIKT NIE ZNA, ALE PRZECIEŻ PO COŚ SĄ TE OPISY*
Może przesadzam, mówiąc, że tego detektywa nikt nie zna, bo wokół książki, w której występuje, było swego czasu małe zamieszanie - wydało się, że jej autorem nie jest enigmatyczny Robert Galbraith, a *tam tam tam* J.K. Rowling we własnej osobie. No i jak to z jej książkami bywa, i ta jest świetna. Napisana ze smakiem, wprawą i lekkim piórem... ale, ale, recenzje to już zamknięty rozdział, zapomniałaś, Bukwa? No dobra, dobra. *prowadzi rozmowę ze swoją drugą osobowością* Więc. Detektyw, z którym tu mamy do czynienia, zwie się bardzo wdzięcznie - Cormoran Strike. Jest olbrzymim, zarośniętym byłym żołnierzem bez połowy prawej nogi, bez mieszkania (sypia w biurze), bez pieniędzy i bez swojej dotychczasowej narzeczonej, z którą rozstał się w nieprzyjemnych okolicznościach. Mimo tego, że wydaje się brutalny, a przynajmniej mrukliwy (a może właśnie dlatego?) bardzo go polubiłam. (Ta, wiem, nudna jestem, ale ćśśś). W śledztwie był wytrwały w szukaniu dowodów, zagłębiał się w każdy szczegół, zastanawiał się nad wszystkim i rozegrał rzecz sprawnie, dlatego też przyznajemy mu Order Merlina Pierwszej Klasy i bonusowo Puchar Quidditcha. Ale przecież nie można o nim powiedzieć że nie okazuje emocji albo jest z natury niezwykle kulturalnym dżentelmenem. Oryginalność trwa.

4. Adrian Monk
 
Z tego, co wiem, ten pan nie ma żadnej książki - jest jedynie bohaterem serialu, którego oglądałam zaledwie kilka odcinków, jednak spodobał mi się od razu. Monk jest tak wyrazisty, że aż groteskowy, cudownie przerysowany i rozbrajający w każdym możliwym względzie. Jeszcze bardziej pedantyczny od Poirota, cierpiący na nerwicę natręctw oraz lęki przed wszystkim, co tylko możliwe, nie ruszający się z domu bez pielęgniarki. Komiczny - i właśnie o to chodzi. Monk mój kochany.

5. Kurt Wallander i Harry Hole
Tutaj nie ma obrazka. *huehue* Nie ma, bo tych detektywów nie znam, chociaż są również dość popularni - obaj z literatury skandynawskiej. Wallander z twórczości Henninga Mankella, a Hole - z Jo Nesbo. Jednak moi rodziciele są ich wielbicielami, więc trochę o nich słyszałam. W mych wyobrażeniach obaj rysują się mniej więcej tak: zarośnięty facet po czterdziestce z chrypką, przeklinający i rozwiązujący jedynie sprawy krwawych morderstw (zauważymy, że w większości pułarotów narzędziem zbrodni jest albo trucizna, albo pistolet). Czy jest na sali lekarz ktoś, kto miał okazję się z nimi zapoznać? Jeśli tak, niechże wypowie się w komentarzu ^^ Ach, ta Bukwa.

6. Grupka detektywów Agathy Christie, którzy nie zdobyli aż takiej popularności jak Poirot, ale jednak są.

Więc jest ich trochę, wymienię w punktach, bo jestem zorganizowana i dziarska, o!
○ panna Marple - staruszka, której nikt nie podejrzewa o bycie detektywem, spokojna i uprzejma, dorobiła się serialu. Ta pogarda...
○ Tommy i Tuppence - sympatyczna para w podeszłym wieku, czytałam tylko jedną książkę z ich udziałem. Nie wyróżniają się niczym specjalnym - a może to właśnie jest ich atut?
○ Ariadne Oliver - pisarka kryminałów, chyba trochę autoparodia Christie, z tego co wiem była główną bohaterką kilku książek.
○ Harley Quin i pan Satterthwaite - pojawili się razem w tomiku miniatur zatytułowanych "Tajemniczy pan Quin"; tytułowy bohater całkiem ciekawie stylizowany na pojawiającego się znikąd Arlekina. Dosyć specyficzne są te opowiadania, czuje się w nich podmuch magii, odrealnienia.

Co łączy tych wszystkich detektywów, oprócz, rzecz jasna, dociekliwości i inteligencji? Każdy jest mimo wszystko trochę inny. A jeszcze jak dorzucić do tego masę detektywów serialowych, na przykład (przykładów znam sporo, choć mało z tych seriali widziałam) wielki, czarnoskóry Luther, Vera, która wygląda idealnie jak przekupka, albo, kurcze, co w końcu, polski ojciec Mateusz z powiewającą sutanną i niezmiennym zakończeniem w stylu "no i popchnąłem go niechcący, a on akurat upadł na kamień". No... ale chyba też detektyw, czyż nie?

Według mnie jedną z cech wspólnych wszystkich znanych detektywów (i nie tylko! Właściwie wszystkich bohaterów literackich!) powinno być chwytliwe nazwisko. Sherlock Holmes, Hercules Poirot, Cormoran Strike, Kurt Wallander. Brzmią dobrze. Pasują do właścicieli. Fajny przykład to też Harry Potter albo Lemony Snicket (♥), takich nazwisk po prostu się nie zapomina. I tyle!


No to teraz Wasza kolej. Porządnie się wymęczyłam z tym postem, a przecież tylko prosto i krótko opisałam kilka postaci! Ale Wy też spróbujcie, bo znając mnie, zapomniałam o jakimś superpopularnym detektywie i teraz to Wy będziecie na mnie patrzeć ze zdumieniem, ale oj. Pomocnicze pytanka (zawsze spoko!):
1. Jaki jest Wasz ulubiony detektyw (jeśli macie, rzecz jasna)?
2. Co pozwala postaci tego typu wybić się ponad inne?
3. [Bonus do kreatywności] Wasz wymarzony detektyw? Jaki byłby? (Albo byłaby, bo cuś tu pań przymało)

Trzymajcie się!
Wasza Bukwa
                   (teraz pewnie wychodzę na jakąś niesamowitą pasjonatkę kryminałów - ale w sumie trochę tak jest, bo ja jestem niesamowitą pasjonatką prawie wszystkich gatunków literackich. Cóż poradzić)

Hiro z Big Hero 6. Bo gify z animacji Disneya być muszą ♥

niedziela, 14 grudnia 2014

Nobel jako przycisk do nut, diaboliczny plan i skromność na poziomie zerowym, czyli stało się to, na co wszyscy czekali

Hej!

Po tygodniu milczenia z mojej strony i co najmniej dwóch obietnic, że wreszcie napiszę ten post (TEN post. Ten niesamowity, chwalebny post, który odmieni nasze życie) - nadszedł czas.
Oto post instrumentalny. Voila!

Uwielbiam instrumenty. Naprawdę. I uwielbiam wszystkich ludzi, którzy uwielbiają swoje instrumenty, i którzy wyczyniają z nimi przeróżne rzeczy - piękne albo po prostu szalone. Zawsze największą mą sympatię budzą akompaniatorzy (czy też jak ich nazwać) - mam takie (pewnie mylne, ale i tak nie zmienię zdania) wrażenie, że łatwiej być wokalistą. Można przecież śpiewać dobrze i bez żadnych lekcji, a z instrumentem tak łatwo już nie jest, gra zawsze wiąże się z mniejszą lub większą dawką ciężkiej pracy. (To brzmi tak poważnie i godnie, nie uważacie? Tylko żeby tak się do tego stosować... Ale ćśśśśś. Ja nie chcę być leniem. "Nie będę leniem, wiernym na balkonie!" Taka piosenka była, tylko że o Julii, nie o leniu. Ej, dobra, przeciąga się ta mała czcionka. Koniec, powiadam. Koniec.)

♥ GITARA

Moja niesamowita kariera wschodzącej gwiazdy i dżinialnej multiinstrumentalistki rozpoczęła się od lekcji gry na gitarze klasycznej. Rzecz jest o tyle osobliwa, że wcale ich nie lubiłam. Nie lubiłam nudnych etiud, gam i utworów klasycznych, a największą nienawiść żywiłam do czytania nut (wciąż za tym nie przepadam, ale najwyższa pora ogarnąć się po tych sześciu latach grania ze słuchu i na pamięć). Uczyłam się cztery lata, a potem skończyłam. Trochę mi przykro, kiedy o tym myślę, ale nie dlatego, że przerwałam naukę, a dlatego, że mogłam to wszystko jakoś inaczej zorganizować. Ale mniejsza z tym. Po porzuceniu lekcji zostałam tak zwanym wolnym strzelcem: grałam, co chciałam - i to właśnie mi się podobało i podoba nadal. Taka wolność, że mogę zagrać cokolwiek, byle dano mi chwyty. Kocham grać. Kocham siedzieć na łóżku, na podłodze, na trawie albo na pokrowcu i całym ciałem czuć, jak gitara wibruje, jak struny drżą pod moimi palcami (poetyckość: aktywowana), i właśnie zdałam sobie sprawę w tym słowotoku, że żadna z moich gitar (mam trzy: klasyczną, akustyczną i zepsutą) nie ma jeszcze imienia! To skandal! Ale właśnie psuję swoje artystyczne wynurzenia. A więc jeszcze: kocham być jakby zespolona z instrumentem, przytulona, i kocham jeździć z nim komunikacją miejską i wyglądać na młodą, gniewną, genialną artystkę, muzyka i hipisa.

♥ PIANINO

Mniej więcej rok temu (no, może rok z kawałkiem) zaczęłam uczyć się grać na pianinie. Właściwie sama nie wiem, co było w tym przypadku spiritus movens (elokwencja: również aktywowana). Ważne, że zaczęłam. Nuty tradycyjnie ciężko mi wchodzą, ale nie można stać się muzycznym dżiniasem, jeśli nie potrafi się brawurowo zagrać jakiegoś utworu, raz tylko rzucając okiem na jego zapis. No więc pracuję nad sobą. (I znów ten poważny ton, ale czego się nie robi...) W pianinie uwielbiam jego monochromatyczność, idealne, czyste połączenie czerni i bieli, oraz idealne dźwięki. Gdy mam ochotę na kryształowe źródełko szemrzące wśród gładko wypolerowanych kamieni, znajdę je po prawej stronie klawiatury, po lewej zaś - grzmiący nisko wodospad (dajecie radę z tymi głębokimi porównaniami?). Poza tym gra nie jest trudna. Oczywiście zdarzają się trudne przypadki utworów, które nie chcą współpracować i nie zamierzają złamać się w swoim postanowieniu, póki nie będzie się ich grało przez trzy miesiące (pozdrawiamy "He's a pirate" Klausa Badelta - było ciężko... no ale to i tak mistrzostwo ♥). Ale pianinko jest zdecydowanie sympatyczne. Tak samo jak pianiści. We mnie zawsze wzbudzają pewien podziw, kiedy tańczą smukłymi dłońmi po klawiszach. No wiecie, tacy najwięksi pasjonaci z grzywą włosów do odrzucania po koncercie.

♥ UKULELE

Rezolutne, lekkie i radosne - ukulele, mała gitarka o czterech strunach. Dostałam swoje na święta tamtego roku, ale nie musiałam się uczyć - gitarowe doświadczenie połączone z chwytami znalezionymi w głębinach netu wystarczyło. Ale naprawdę, ukulele wymyślił jakiś geniusz, któremu nie chciało się dźwigać gitary, no i który lubił pozytywne wibracje płynące z piosenek. Są, oczywiście wyjątki, czyli smutne piosenki, albo takie, które w ogóle nie brzmią dobrze na tym instrumencie. Jednak według mnie ma on praktycznie same plusy. O, nawet listę wam zrobię.
Chyba nawet robiłam kiedyś taką listę, ale to były plusy harmonijki. Ale do niej zaraz dojdziemy!
Ukulele:
+  jest nieduże, łatwo się je nosi i transportuje
+ zazwyczaj też gra się łatwiej niż na gitarze - jest co prawda mniej strun, ale zdecydowanie węższy gryf bardzo poprawia sytuację (na przykład "Skyfall" Adele na ukulele... magicznie :D)
+ jest intrygujące i oryginalne
+ brzmi słodko i/lub zawadiacko, aż żal nie umieć na nim grać! (Możecie to odebrać jako sugestię... *muahahaha, imperium ukulelowskie rośnie w siłę* To prawie jak Mafia Mrocznego Motylka)

♥ HARMONIJKA

Z harmonijką ciężka sprawa, bo *ukradkiem ociera łzę z oka* zgubiłam ją. Moją własną, kieszonkową wersję organków (organek?) Włóczykija! Malutką maszynkę do muzykowania wieczorami na balkonie, do nieudolnego grania kolęd i "Whisky" z tabów znalezionych w internecie. Najbardziej niezobowiązujący instrument w mym dorobku... Zniknął. *szloch* Swoją drogą, do tego to po prostu trzeba być Bukwą, żeby zgubić harmonijkę (sic!) i po paru miesiącach nadal nie wiedzieć, gdzie jest. Pozdrawiam sama siebie. Joł.

♥ WIOLONCZELA

Moja najnowsza miłość. Wiolonczela jest prześliczna sama w sobie - smukła, misternie zdobiona, wykonana z gładkiego drewna. Trzeba poświęcić jej czas, idealny kształt dłoni (kiedy gra się już naprawdę dłuuuuuuugo, lewa się lekko deformuje, ale oj tam, oj tam), i delikatne opuszki palców, która stwardnieją na kamień, i bluzki, które od ćwiczeń wycierają się w okolicach mostka.
 Nie mogę się już doczekać.
Jak na razie miałam kilka lekcji (siedem? osiem? Chyba nie więcej), i zaprawdę, zaprawdę, powiadam Wam, jeszcze kiedyś o mnie usłyszycie, i faktycznie będę miała swój fanclub (który narodził się w komentarzach pod tym postem - kocham Was ♥), i w ogóle będzie chwała, gloria i dizka radość, i zostanę Pablo Casalsem (tez nie chodził do szkoły muzycznej) w spódnicy, albo, ba! przebiję go! Potem wszyscy zaczną naśladować moją technikę gry, ale będę nie pokonana, okrzykną mnie dżiniasem i dostanę Nobla z fizyki, bo z muzyki nie ma, zresztą taki Nobel dobra rzecz, nie wiem czy jest statuetka, ale jeśli tak, będzie mi świetnie służyć jako przycisk do nut, w razie jakby miał mi je zwiać wiatr, no i nie uważacie, że to jest naprawdę genialny, DIABOLICZNY plan? *uśmiech szaleńca*
Więc po tych dwóch miesiącach dopiero się oswajam ze smyczkiem i jeszcze nie mam wiolonczeli w domu, żeby móc się do niej przytulić. Bo wiolonczela właśnie taka jest - musisz ją przytulić, stać się jej częścią, i wtedy będziesz dobrze grać. Ale cóż, na razie moje największe osiągnięcie to zagranie pizzicato (dla niewtajemniczonych: szarpiąc za struny, a nie smyczkiem) wielce głębokiej i poruszającej pieśni "Pije Kuba do Jakuba". Jest to utwór wzbudzający takie emocje, że pozwolę sobie nie pisać o nim więcej.

No i to by było na tyle. Teraz porcja pytań na deser:
1. Gracie na jakimś instrumencie? (Jakim? Jak długo?)
2. Czy Wasze instrumenty mają imiona? :D
3. Czy wiedziałyście/wiedzieliście, że Aleksander Wielki był prawdopodobnie najbogatszym człowiekiem w historii?

I jeszcze: jak chcecie, to bez skrupułów z radością podkradnijcie mi pomysł, bo zawsze lubię słuchać o muzyce jako takiej, i o instrumentach, i w ogóle.

Niektórzy ludzie kochają zwierzęta. Czy to możliwe, że ja kocham instrumenty? ^^'


Wasza
niesamowicie genialna, utalentowana i muzykalna niczym, po prostu, sama nie wiem kto
                                        już wiem, muzykalna jak Bukwa
                                                           no wiecie, ta niesamowicie genialna, utalentowana, muzykalna multiinstrumentalistka (ta, która daje takie megasuperepickie konecerty w metrze! O!)
                                                          dobra, kończmy już to po(d)pisywanie
                                                                        cóż za kalambur!
                                                                           denerwuje mnie już to przyciskanie spacji bez końcaaaaaaa
                                      Bukwa.

PS Co do ludzi, którzy wyczyniają szalone rzeczy ze swoimi instrumentami: kojarzycie Grupę MoCarta? Są świetni! :3 Polecam, Bukwa.


sobota, 6 grudnia 2014

Pozytywnie, sposób na przetrwanie życia i nadmiar wykrzykników, czyli diagnoza: dżinias

Hej, ludziki!

Tak, wiem i ubolewam. Otchłań jest opuszczona, zapuszczona (przypuszczona? odpuszczona?). No, w sumie trochę odpuszczona też, ale ja po prostu nie mam tyle czasu. Nie da się ukryć, tak po prostu jest - a musicie wiedzieć, że każdy post wymaga poświęcenia dwudziestu, trzydziestu minut (to te najgłupsze i najkrótsze), a czasem i godziny (o dziwo!). Chociaż, oczywiście, czas poświęcony to nie czas stracony ♥
Dawno, dawno temu Pola nominowała mnie (♥) do pewnego projektu z wypisywaniem pozytywów (przydatna rzecz!). Oczywiście zapomniałam o tym, ale postaram się teraz zrobić retrospekcję minionych... moment... siedmiu dni. Tygodnia, znaczy się. Więc.

Niedziela, 30 listopada (mój borze sosnowy, to było tak dawno i nic nie pamiętam, ale okej)
○ udało mi się napisać głupie opowiadanie do szkoły, nad którym męczyłam się przez cały poprzedni dzień (tak bardzo pozytywnie)
○ byłam na pierwszej w życiu aukcji obrazów
○ jadłam przepyszny obiad (krem brulee na deser)

(Ależ jestem światowa, kulturalna i dystyngowana. Aukcje, kremy brulee, ambitna proza... No, no.)

Poniedziałek, 1 grudnia
○ miałam pięć godzin polskiego pod rząd (pozdrawiamy konkursy) - a ja lubię polski! kto nie lubi, ten karczoch!
○ wróciłam do domu trochę (ale jednak) wcześniej niż zwykle
○ dostałam kalendarz adwentowy (właśnie, tam wyżej jeszcze Adwent powinien być!)

Wtorek, 2 grudnia
○ wreszcie napisałam test z fizyki, który tak złowrogo nade mną wisiał
○ wyżej wymieniony test okazał się być tak banalny, że aż ciężko było w to uwierzyć
○ haha, nie było matmy!

Środa, 3 grudnia
○ straciłam biologię i fizykę!...
○ ...na rzecz pisania konkursu, więc już nie musiałam się do niego uczyć!
○ okazało się, że z tego testu dostałam *uwaga, uwaga* szóstkę *dżinias*

Czwartek, 4 grudnia
○ zdjęto mi aparat ortodontyczny i mogę żuć gumę (sukces)!
○ dekorowaliśmy klasę na styl świąteczny i (jak tylko skończymy) będzie wyglądała megasuperepicko
○ na francuskim było... pociesznie

Piątek, 5 grudnia
○ najlepszy dzień tygodnia!
○ to przykre, że moje pozytywy tak się wiążą z ocenami, ale... no kurcze, piątka z muzyki, i... *uwaga, uwaga, UWAGA!*
○... SZÓSTKA z chemii. Jestem. Mega. Dżiniasem. *skromność* Hue, profesor napisał mi o tym około jedenastej w ramach "prezentu mikołajkowego" :D

Dzisiaj (jak na razie, albowiem dnia nie należy oceniać przed zachodem słońca... Ale w sumie słońce już zaszło. *grudzień śmieje się diabolicznie za oknem*)
○ odbyłam pierwszą lekcję wiolonczeli ze smyczkiem (yeah!)
○ nareszcie nie muszę się martwić pracami domowymi, nic nam nie zadali, nie muszę się niczego uczyć i jestem taka... wolna, czy coś
○ Święty Mikołaj zaszalał :D Serio. Dostałam mnóstwo cudownych rzeczy ♥

W ogóle musicie wiedzieć, że ja żyję oczekiwaniem. I wiem, że teraz bluźnię przeciwko carpe diem i tak dalej, ale tu nie chodzi o to, że patrzę tylko w przyszłość, nie przejmuję się tym co teraz, nie umiem się cieszyć chwilą, et cetera, et cetera. Chodzi o to, że miło jest wstać rano z myślą: "ale super, jeszcze tylko trzy dni do wyników konkursu/jeszcze tylko osiemnaście dni do Świąt/jeszcze tylko miesiąc do ferii/a jutro jest nadal weekend i nie będę musiała nic robić". I tak żyję sobie... zazwyczaj. Ale teraz mam jeszcze lepszy sposób. Żyć książkami. Ale wiecie, to brzmi tak górnolotnie, ale przecież jakie to jest zmyślne! Na przykład. Jest już wieczór, leżysz w łóżku i nie możesz zasnąć, bo martwi cię że masz jutro klasówkę/musisz jutro porozmawiać z kimś, kogo się wstydzisz/masz jutro dziesięć matm pod rząd i żadnego polskiego/cokolwiek. To wtedy możesz sobie pomyśleć: "no niby tak, ale przecież równie dobrze mogę jutro czytać dalej "Szukając Alaski"/"Alicję w Krainie Czarów"/"Tajemniczego pana Quina"/"Opowieści sieroty" (tak, to to, co aktualnie mam do przeczytania... i tak się cieszę, że hej! Co prawda jest jeszcze lektura, ale chyba nie będzie z nią tak źle). I od razu chce się dalej żyć! Choćby po to, by połknąć kolejny rozdział... ewentualnie osiem. Przynajmniej ja tak mam.
(UWAGA! Ten sposób może nie zadziałać, jeśli:
a) nie masz ciekawych książek;
b) w ogóle nie masz książek;
c) nienawidzisz czytać;
d) nie umiesz czytać.)

Posta instrumentalnego jak nie było, tak nie ma, ale! nie martwcie się, gdyż będzie. W końcu. W każdym razie chcę w to wierzyć.

A, jeśli jesteś tutaj po raz pierwszy/drugi, i jeśli chcesz skomentować, to czyniąc to, zostaw również link do bloga (jeśli takowy posiadasz). Chodzi o to, że czasem ludzie mają blogów kilka albo mają konto na Google+, które mój komputer nie zawsze ogarnia. Więc byłabym wdzięczna ^^

A na koniec jakiś obrazek - bo obrazek być musi!
Słodkość, level: hard.

Wasza Bukwa