piątek, 14 listopada 2014

Zupa to zło, czyli co odkryłam, co jest ważne, o co pytam, a w ogóle to tako jakby nominacyjka. Yay!

Cześć, ludziki (lubię mówić "ludziki", to takie urocze, fajniejsze niż normalnie "ludzie" - bo normalnie to źle, tiaa - i znowu za długi nawias - kurczę, na samym początku posta, no)!


Zostałam (już megadawno - ojć) nominowana przez cośśkę z tego bloga do pewnego małego przedsięwzięcia, mianowicie do wypisania: 

! - moich ostatnich odkryć
↑ - co jest dla mnie ważne w życiu (może być ogólnie, może być z ostatniego czasu)
? - pytania które zadam następnej osobie




Lubię te takie zabawy, bo przynajmniej nie muszę wymyślać posta (pieczątkę patentu lenia mam wybitą na każdym dokumencie). Ale okej, okej, postaram się napisać coś w miarę... sensownego, może nawet długiego. Się zobaczy. Zatem, nie czekajmy i zobaczmy! 
 ! Odkryłam, że latanie samolotem może nie być takie straszne. Niestety tyczy się to tylko drogi powrotnej, bo wtedy między przylotem a odlotem nie zostaje za dużo czasu na zamartwianie się i drżenie o swe nerwy, życie, psychikę i tak dalej. A więc się da! Odkryłam też jedną z najcudowniejszych (jeśli nie najcudowniejszą) historyjek obrazkowych na tym świecie. Mowa rzecz jasna o Mafaldzie, postaci stworzonej przez argentyńskiego rysownika Quino (druga połowa XX wieku). Mafalda jest "wiecznie oburzoną" (i jest oburzenie rozczulające!), nieletnią, pulchną działaczką społeczną. Jej największym wrogiem są wojny, przemoc i zupa. No aż nie mogę się powstrzymać, nie będę się rozpisywać, a Mafalda jest za rezolutna, by jej tu nie wstawić.
Obrazeczek pierwszy: kwintesencja spoilerowania. (Gińcie, spoilery!)
Obrazeczek drugi: z przedsiębiorczym, pragmatycznym Manolito.
Obrazeczek trzeci: z Susanitą, której najwiekszą ambicją jest zostać klasyczną panią domu, matką lekarza.
Każde z bohaterów przedstawia trochę inne poglądy polityczne, w takim "całkoształcie" mafaldystycznym pełno jest zagadnień typu wojna, pokój i tak dalej, a zupa symbolizuje... Dobra, dobra, idziemy dalej.

W życiu ważne jest dla mnie przynajmniej jako taka wolność, spokój, zdrowie, no, ale przede wszystkim KSIĄŻKI *hihihihi* Ech, cóż to by było za życie bez książek.


? Pytanie, która zadała mi cośśka: Jaki jest Twój ulubiony film i dlaczego? Opisz krótko fabułę ;)


Choć lubię naprawdę wiele filmów ("Amelia", "Incepcja", "Iluzja", "Rain Man", "Pan od muzyki", "Co gryzie Gilberta Grape'a?" i tak dalej) to miejsce pierwsze zagarnia "Little Miss Sunshine" (czy też w polskim tłumaczeniu "Mała miss"). I nie, to nie jest o wyborach miss. To znaczy, właściwie jest, ale nie o to chodzi. A o co zatem chodzi? Cóż, generalnie głównymi bohaterami jest rodzina Hooverów, złożona z:
○ ojca-nieudacznika, zajmującego się motywacją do wygranej
○ dziadka-erotomana (okej, to nie taki niewinny film, ale bez przesady - to tylko dziadek taki), którego wyrzucono z domu starców za posiadanie narkotyków
○ wuja Franka, niedoszłego samobójcy, geja i znawcy Prousta
○ Dwayne'a (mojamiłośćżyciaoprócznicaleosiahaymitchafinnickasmolipaluchaalbusaborzeborzeborze), który przysiągł, że nie odezwie się ani słowem, póki nie dostanie się na Akademię Lotniczą ♥
○ pulchnej, ośmioletniej okularnicy Olive, marzącej o zostaniu Małą Miss Słoneczko
○ matki, jedynej w miarę rozsądnej w tej hałastrze (siostra Franka).

Ta oto radosna gromadka wyrusza rozklekotanym vanem na wybory małych miss. I tak, przeklinają. Tak, jest gej, narkoman, erotoman, Bóg wie co jeszcze. I tak, można nadal kochać ten film. Bądź jak Bukwa, kochaj Małą Miss! No. Bo to jest po prostu film inteligentny, a przynajmniej według mnie. I tyle, kocham Dwayne'a, więcej do szczęścia nie trzeba, YOLO, tralala, cieszmysięzmałychrzeczy! ♥



 *moment kulminacyjny* Zadaję pytanie...

? Pytanie do Tutti z tego bloga:*ten moment, kiedy przez dziesięć minut wymyślasz ciekawe pytanie* Gdybyś miała szkatułkę, do której możesz włożyć tylko trzy rzeczy, a wyjąć je możesz jedynie ty, to co byś tam włożyła?

No. Ostatnio mam ochotę napisać coś o muzyce - mam na myśli te wszystkie instrumenty i tak dalej, więc może wkrótce pojawi się jakiś post tego typu. 
Mam nadzieję, że spodobała Wam się Mafalda, i Mała Miss, i pomysł cośśki, i to jak go wykorzystałam, i że podoba Wam się świat - przynajmniej trochę! Ma dużo wad, to prawda, ale innego nie mamy.

Wasza Bókffa ♥

PS Uwaga! Posta zawiera znaczne ilości tych takich serduszek. Nadużycia, nadużycia, wszędzie.

piątek, 7 listopada 2014

Niesamowity, pierwszy w historii, podniosły, godny swej chwały w stu procentach dzień 7 listopada.

Najdrożsi Wielką Literą z Szacunku i Sympatii Pisani Czytelnicy!

Wiem o tym i wstydzę się tego, ale posty ostatnimi czasy nie pojawiają się... Się. Kropka. Jednakowoż! Liczę na to, że nie zamierzacie porzucić mnie samotnej w Otchłani, ponieważ dzisiaj, właśnie dzisiaj, 7 listopada, jest bardzo ważny dzień.

To może być dzień, w którym dokonam największej transakcji w całej mojej karierze.” - wuj Vernon, „Harry Potter i Komnata Tajemnic”
Cytowanie Harry'ego z pamięci. To jest obsesyjne.

Obchodzimy bowiem dzisiaj, w chwale i radości...

Dzień Feministek!

imieniny Achillesa (pozdrówcie wszystkich znajomych Achillesów)!

rocznicę zdobycia Nobla przez Marię Skłodowską-Curie!

no dobra, pierwsze URODZINY BLOGA!

*wiwaty, serpentyny, balony, euforia*


Tak, tak, dokładnie rok temu w Otchłani pojawił się pierwszy post. Aż żal mi na niego patrzeć, taki jest jakiś biedny, mizerny, i w dodatku coś tam chrzanię o recenzjach (złamana obietnica, złamane serce, szczęśliwy umysł, dziwaczne teksty → ciąg przyczynowo-skutkowy). Od tamtej chwili aż do tej wydarzyło się tutaj mnóstwo rzeczy. Przybywali nowi czytelnicy, inni z kolei odchodzili (jedyni rozumni wśród nas). Były wielkie przerwy i wielkie powroty, i cudowne komentarze. Kiedy tak sobie czasem jakiś przeczytam, to aż mi się łezka w oku kręci. wzruszenie publiki; siąkanie Ale nie no, teraz na poważnie. Chciałabym Wam wszystkim bardzo, bardzo podziękować, za każde słówko, a nawet i za brak słówka, ale jakąkolwiek satysfakcję wyniesioną z czytania. Mogłabym powymieniać te wszystkie osoby i ich wypowiedzi... o, na przykład Sia Siaa napisała kiedyś: „Uwielbiam Twojego bloga, czy post krótki, czy przeraźliwie długi, jest super! Tak wiem, cóż za nieoryginalne słowo, poprawiam się: Twój blog jest jak ptak uwolniony z klatki, który po chwili niepewności wznosi się majestatycznie do góry.”. Jest to takie urocze, kochane, słodkie i nie wiem co jeszcze, kiedy piszecie takie rzeczy. Naprawdę. Wszyscy, wszystkie – nieważne! W każdym razie jesteście wspaniali ♥

A co u mnie? Czemu się jakoś tak mało pojawiam? Ano, tak wychodzi. Właściwie sama nie wiem. Trochę brak mi chęci, żeby się zebrać, żeby tak naprawdę przysiąść i w końcu coś wklepać. Ale może się ogarnę i w końcu to zrobię, bo aż żal, że taka pustka w Otchłani. No. A w trawie mi piszczy to, co z boczku, na górze, czyli zdecydowanie Nicuś (no i Leoś, ale Nicuś jednak bardziej – problemy sercowe – bo oni naprawdę istnieją – łaaaa – dobra, za długi ten nawias) i wiolonczela... kocham wiolonczelę. I wiolonczelistów. Kiedyś pewnie napiszę o tym coś więcej, zwłaszcza że podaję się za osobę z „zainteresowaniem instrumentalnym”, czyli że generalnie brzdąkam, co zresztą przecież wiecie. A teraz wiolonczela dołączyła do mojego i mych instrumentów Kółeczka Wzajemnej Adoracji! Yay!

No. Więc wszystkiego najlepszego dla Otchłani i dla wszystkich czytelników! *wspaniałomyślność*

Wasza
zacna multiinstrumentalistka po prostu
czyli Bukwa