niedziela, 28 września 2014

Czemu emenemsy nazywają się emenemsy albo historia lubi się powtarzać, czyli głupieć każdy może

Hej!

Muszę przyznać się sama przed sobą, że odkąd mam mojego komputerka ukochanego, misiaczka *mizia laptopa w monitor*, spędzam przed nim całkiem sporo czasu. Różne rzeczy robię, oj, różne, ale w końcu stwierdziłam, że równie dobrze mogę wreszcie napisać posta, skoro i tak pół dnia gapię się na ekran. Tak, wiem, to haniebne. Gapienie się na ekran. Nie pisanie posta.

Ekhem.

Po pierwsze: chciałabym bardzo, bardzo, bardzo podziękować wszystkim osobom, które kiedykolwiek tu weszły, skomentowały czy którym po prostu się spodobało. Kilka dni temu przeczytałam większość komentarzy, które kiedykolwiek napisano w Otchłani i jestem naprawdę... No, wzruszona i rozczulona, wiecie. Łezka w oku :3 Chociaż nie tworzę sobie armii obserwatorów i wielkiego imperium, to mam tutaj swoją, że tak to ujmę, gromadkę, która mogła się wręcz stęsknić (!) za moją pisaniną. Która czekała na mój powrót - tak się przynajmniej deklarujecie, więc wszystkim Wam raz jeszcze dziękuję/thank you/danke/merci/spasiba/etc., etc.! ♥

Po drugie: powolutku, powolutku wkręcam się z powrotem w blogosferę, ale wiecie - przyszła nowa szkoła, nowi ludzie i mnóstwo nowego materiału do nauczenia. Sytuacji nie polepsza fakt, że wśród polskich szkół króluje program zwany "Giń humanisto!". Jeśli moje lekcje matematyki będą przez cały rok wyglądały tak jak teraz, cała wrażliwość i zacięcie literackie zostaną doszczętnie wyssane z mojego mózgu. Szykujcie się na śmierć i niezmiernie porywające posty o pierwiastkach, pasji mego życia. (Brr.)

A po trzecie: pamiętacie jeszcze wzruszającą historię o motylku w metrze, opisaną w tym poście? [UWAGA! Tu zaczyna się wygłup!]
Cóż...

Historia lubi się powtarzać...



Tak, tak, nie mylicie się: co prawda było to już dawno temu, choć nie minęło dużo czasu od przygody z jednym motylkiem. Szłam sobie spokojnie ulicą wraz z Julią, gdy naszym oczom ukazał się ten widok. Dwa motylki. Było to jak przeznaczenie. Jak znak.
Nic nie dzieje się przypadkiem.
Albo kosmici dają mi coś do zrozumienia, albo mafia.
Mafia Mrocznego Motylka.
MMM.
M&M.
...

Łaaaaaa! Boże! Oni w emenemsach przemycają diamenty! To dlatego emenemsy nazywają się "M&M"... Od Mrocznego Motylka. Łomatko.
Błagam Was, nie jedzcie już nigdy emenemsów.
Jeśli kiedyś lecąc samolotem zobaczę trzy motylki przyklejone z boku mojego fotela, to albo zejdę od razu na zawał, albo napiszę sonet trzynastozgłoskowcem ze średniówką w dwanaście sekund.

Także tego. Ten post jest chyba za głupi, by go wstawiać, ale dopiero się wprawiam po przerwie... No, a tak naprawdę to po prostu nie mogłam się powstrzymać by Wam tego nie pokazać. Taka prawda.
A wiecie, co te motylki znaczą? Że skoro jeden symbolizował to, że świat nie jest taki zły, to dwa mówią: świat nie jest taki zły, a wręcz jest całkiem fajny! Oczywiście to trudna kwestia. No, wojny, choroby, te sprawy. Ale na nie niewiele możemy poradzić. Dlatego czasem miło jest dostrzec dwa motylki na chodniku.
(Kurczę, swoją drogą, skąd one się tam wzięły? Chyba były z papieru i tak sobie, o, leżały... bez sensu).
Tak wzruszająco *tłum chlipie*.

Mam nadzieję, że mimo iż opublikuję ich największy sekret, MMM mnie nie znajdzie. Chociaż z drugiej strony... oni już chyba i tak mnie obserwują, skoro podstawiają mi te motylki. Uch.

Wczoraj skończyłam całą serię o Percym Jacksonie, którym chwilowo żyję - nie wiem, jak długo się to utrzyma, ale... na razie tak jest. Może i nie są to książki traktujące o problemach egzystencjalnych i naszej tożsamości w wypranym z emocji świecie/miłości, która wszystko zwycięża, ale i tak kocham Nica di Angelo i nikt mi nie zabroni.

Małe pytanie (a propos tych "książek o problemach", etc., etc.): co możecie mi powiedzieć o powieści Johna Greena "Gwiazd naszych wina" (nawet nie czuję, kiedy rymuję)?

Najserdeczniejsze uściski od Waszej
                                                                  dziwnej
                                                                                   ale co tam
                                                                                                        Bukwy ♥

czwartek, 25 września 2014

Chwała!

Wielkieś ty mi uczynił pustki w blogu moim,
Drogi Internecie, tym zniknieniem swoim.
Choć się starał komputer działać bez problema,
Co i rusz siadam przy nim, patrzę - sieci nie ma.
W innych komputerach wszystko działa jak trzeba
na mój zaś nie działają ni groźby, ni modły do nieba.
Czy to klątwa jest jaka, czy to jaka jest kara?
Jednak ten, co naprawiał, ten się bardzo postarał,
bo oto komputer powrócił, i w gloryi i chwale,
i nadzieję mam tylko, że go znów nie rozwalę.

Tak, tak, to prawda - znużony, utrudzony Kompeus powrócił z pola bitwy. Ekran miał zacięty (w obu tego słowa znaczeniach), ale w końcu zdobył się na rozjaśnienie myśli, nabrał sił, postanowił współpracować i z całej sytuacji wyszedł zwycięsko, chwała mu, i cześć jego chwale, i cześć cześci jego chwały, i generalnie LOL.

Powrócił stary, dobry wygląd bloga z nieśmiertelną galaktyką (otchłań, te sprawy), bo ten stokrotkowo-wiosenny wydał mi się nieco nie na miejscu w obliczu nieubłaganej jesieni. No i wróciłam ja. Tak bonusowo.

Wygląda na to, że słodki czas leserstwa się skończył i trzeba się wziąć za sensowne (no, prawie) posty. Regularnie pisane. Huehue. Ale czy takie zrywy, ale z pasją, nie są lepsze niż szablonowy wpisik co tydzień?

No. To nową erę w dziejach Otchłani uważam za otwartą!

*tadadadadadadadadadadaaaaam!*

♠ Bukwa