sobota, 29 marca 2014

A. do sześcianu, czyli nowi przyjaciele Bukwy i... no nie wiem, to jakieś dziwne jest

Hej!

Jak już wszyscy zauważyli, blog mój składa się z postów, które traktują głównie o tym, co ostatnio stało się moją obsesją, względnie o jakiejś książce, zdarzają się też takie pełne marudzenia. Cóż. Taka Bukwa.
No i ten post to znów tylko taka szczypta mnie. Po prostu. 
Ej (jedno z moich ulubionych minisłówek ostatnio ^^), a w ogóle to chciałam Wam bardzo podziękować za tysiąć wyświetleń, i za wszystkie komentarze, i w ogóle.
Twórczo.
Cóż mówić, jestem nieogarem, ale czytajcie, zaprawdę.




piątek, 21 marca 2014

Czyżby faza na stokrotki?

Hej!

Ech, pod bodźcem skądinąd pozytywnym komentarzy jedenaście, a pod SNZ tylko trzy. Sugestywnie.

Dzisiaj znów krótki, pozytywny sygnał.

poniedziałek, 17 marca 2014

Lepiej nie czytaj tego posta!, czyli powrót do tradycji, co tu oznacza "recenzja Serii Niefortunnych Zdarzeń"

Hej!

Jeśli szukacie opowieści ze szczęśliwym zakończeniem, poczytajcie sobie lepiej coś innego.

Kiedy patrzę na swój pierwszy post, w którym zapowiadałam duuużo recenzji, a następnie na post wychwalający pod niebiosa smak mandarynek i riki tiki, chce mi się troszkę śmiać. Mimo wszystko. W sumie całkiem dobrze się czuję w odsłonie takiej, jaka jest teraz. Nie muszę się ograniczać jedynie do książek, co daje mi sporo swobody (a i tak piszę, kurczę, co miesiąc ze trzy zdania zamiast porządnych postów!). Jednak czasem warto powrócić do tradycji. Do starej, dobrej metody na posta. Do recenzji.

Być może udało się Wam zauważyć, że mam inny avatar niż kiedyś. Na samym początku i przez dłuższy czas była to Mała Mi, postać, rzecz jasna, jakże epicka. Następnie prezentowałam Wam Księżniczkę Lunę, kucyka z bajki My Little Pony. A co. *ekhm* Wracając, teraz mój avatar przedstawia pewną istotę zapewne ludzką, w wieku zapewne bardzo młodym. Jak widzicie, trzyma ona całkiem spory słój jakiegoś produktu żywnościowego - nie będę przed Wami ukrywać, iż jest to masło orzechowe. Jednak kim jest enigmatyczna postać, która je dzierży?


*napięcie rośnie*
Otóż postacią tą jest...
*napięcie sięga zenitu*
Słoneczko (w oryginale znane jako Sunny) Baudelaire, jedna z głównych bohaterek zawierającej trzynaście tomów Serii Niefortunnych Zdarzeń!
*fanfary*

Nie wiem, czy ktoś z Was miał już kiedyś przyjemność - lub, jak utrzymują niektórzy nieprzyjemność - z Lemonym Snicketem i jego Serią? Na Serię składa się trzynaście książek, a każda ma trzynaście rozdziałów. *osoby przesądne opuszczają Otchłań* Bonusikiem jest Rozdział Czternasty (tak, z wielkiej litery), umieszczony na końcu ostatniej części.

Mam wrażenie, że Seria Niefortunnych Zdarzeń (dalej SNZ) jest niedoceniana i tak naprawdę mało jest osób, do których przemawia w stu procentach. Niektórzy twierdzą, że dzieła te są dla nich zbyt dołujące, inni zrazili się schematu pojawiającego się w pierwszych częściach. Ja natomiast należę do grupy, która SNZ kocha bezgranicznie i cierpi, patrząc na ślepotę ludu, który nie dostrzega oryginalności i humoru w książkach Snicketa. Liczę, że udało Wam się kiedyś z nimi zapoznać, jednak na wszelki wypadek przybliżę Wam fabułę.

Wioletka, Klaus i Słoneczko Baudelaire to trójka utalentowanych i dobrze wychowanych dzieci, obdarzonych zamiłowaniem do, odpowiednio, wynalazczości, literatury oraz gryzienia, a później gotowania. Gdy któregoś dnia dzieci spędzają popołudnie na Piaszczystej Plaży, otrzymują straszną wiadomość: ich rodzice zginęli w pożarze, który strawił cały dom, a oni sami zmuszeni są do zamieszkania z bardzo dalekim krewnym, Hrabią Olafem. Wkrótce okazuje się, że Olaf jest podstępnym łotrem, bezwstydnie dybiącym na fortunę pozostawioną sierotom w spadku. Przez trzynaście części Wioletka, Klaus i Słoneczko usiłują uciec przed Hrabią i jego trupą teatralną, którzy dopadają ich wszędzie, gdziekolwiek się znajdą. Sieroty wpadają też na trop tajnej organizacji WZS, zdobywają kilku przyjaciół i całą masę wrogów, szukają odpowiedzi na dręczące je pytania i starają się rozwiązać wciąż mnożące się sekrety. Ponadto muszą zmierzyć się z takimi okropnościami jak: jadowita żmija, głodne pijawki, hipnotyzerka, człowiek nie umiejący grać na skrzypcach a upierający się na nich grać, tajne przejście, gniewny tłum, lemoniada pietruszkowa, zbyteczna operacja, niepokojąca mapa, zdradziecka pułapka, bardzo trujący grzyb, niezidentyfikowane trojaczki oraz gwałtowny sztorm.
Może rzucił Wam się w oczy tekst na samym początku posta, napisany pochyłą czcionką. Jest to cytat. Musze Was bowiem poinformować, że Lemony Snicket, jako człowiek szlachetny i wolontariusz WZS, uczciwie ostrzega swoich czytelników przed lekturą Serii, która grozić może straszliwym płaczem i takąż depresją. Niestety, Bukwa przekornie nie usłuchała przestrogi autora - i zdecydowanie nie żałuje.
SNZ jest niepowtarzalna. Po pierwsze, z powodu oryginalnego stylu pełnego absurdu i czarnego humoru - już o tym wspominałam - oraz niesamowitego klimatu, w którym jest utrzymana. Po drugie, to nie są tylko kartki i litery - autor bawi się z czytelnikiem, kilkoma czarnymi stronami opisując mrok szybu windowego, który miały okazję zwiedzić, niestety nie z własnej woli, sieroty Baudelaire. A skoro już jesteśmy przy autorze, to warto wiedzieć, że Lemony Snicket to pseudonim Daniela Handlera, a przy tym postać, która także ma swoją rolę i od czasu do czasu przerywa historię sierot na rzecz własnych refleksji. Powoli uchyla nam rąbka niektórych tajemnic, ale - co stwierdzam z przykrością - nie wszystkie, ba! nawet większość, pozostaje nierozwiązanych. Napięcie rośnie z każdą książką (no, właściwie to do piątej części, gdy po raz pierwszy padają znamienne trzy litery: WZS, a kiedy pod koniec siódmej sieroty zaczynają żyć na własną rękę, kryjąc się przed prawem, gniewnym tłumem i Olafem, robi się naprawdę epicko).
Zdaję sobie sprawę, że niewielu osobom ta seria naprawdę się podoba. Bo jest za długa, dziwnie napisana, zbyt ponura. Ale wygląda na to, że lubię te klimaty, zwłaszcza że smaczku dodają świetne ilustracje.

 

 Na Serię Niefortunnych Zdarzeń składa się trzynaście wielce sugestywnych tytułów:
1. "Przykry początek"
2. "Gabinet gadów"
3. "Ogromne okno"
4. "Tartak tortur"
5. "Akademia antypatii"
6. "Winda widmo"
7. "Wredna wioska"
8. "Szkodliwy szpital"
9. "Krwiożerczy karnawał"
10. "Zjezdne zbocze"
11. "Groźna grota"
12. Najbardziej epicka część, w której sekrety mnożą się, a wszyscy dotychczasowi opiekunowie i wrogowie Baudelaire'ów gromadzą się w jednym dość charakterystycznym hotelu, co tu oznacza "12. >>Przedostatnia pułapka<<" ♥
13. Koniec końców
(14. "Rozdział czternasty")

Przeczytanie całego SNZ (nie po raz pierwszy) zajęło mi około miesiąca, bo większość części pochłaniałam w dzień czy dwa.

Warto też wspomnieć przy okazji o autobiografii Lemony (Lemony'ego?) Snicketa, która również pełna jest arcyważnych szczególików, drobnostek i aluzji, a mimo to nie odpowiada do końca na nurtujące mnie pytania.

Musiałam, po prostu musiałam napisać tego posta, jako że, mówiąc nieelegancko, wszyscy moi przyjaciele albo to hejcą, albo nie czytali, albo i jedno i drugie. Serdeczne pozdrowienia dla Julii. I tak Cię kocham.

No po prostu dostałam szału. Bywało tak już z wieloma książkami, jednak wówczas miałam z kim gadać przynajmniej. Teraz nie mam i żalę się na blogu, a poza tym bardzo, bardzo zachęcam do zajrzenia, mimo przestróg pana Snicketa.

"U nas zawsze cicho, sza!" - Gdyby tu byli jacyś wolontariusze WZS, niech wiedzą, że według relacji J. S. Fernald udał się na Borneo.

Z całym należnym szacunkiem,
                                      Bukwa

PS Co się stało z B.? Czy w aktach Snicketa chodziło tylko o Q.? Czy WZS naprawdę jest takie szlachetne? Co naprawdę oznacza ten skrót? Co jest w cukiernicy? Co napisano w trzydziestym dziewiątym rozdziale "Grzybowych osobliwości"? Gdzie są Q., I. i D.?



wtorek, 4 marca 2014

To wcale nie jest tak, że Bukwa nic nie robi, czyli bodziec skądinąd pozytywny

 Hej!

Ferie dobiegły końca. Jest to wieść smutna, czy nawet hiobowa, ale prawdziwa. Nie da się ukryć. Otchłań jest już nieco zakurzona, bo, jak się domyślacie, trochę brak mi czasu. Rzecz jasna postaram się, żeby wszystko było w miarę porządnie i dobrze.

Po pierwsze, muszę Was niestety dobić wiadomością o braku komiksu. A przynajmniej braku chwilowego. Mogę wysupłać chwilkę na bloga, ale nie na bloga i komiks jednocześnie. Ale, jak wyżej (uwaga, tu cytuję), "postaram się, żeby wszystko było w miarę porządnie i dobrze".

Po drugie, dziś będzie post z serii przemyśleń od siedmiu boleści, a przy tym raczej nie wykaże się on zbytnią długością. Jednak dość smęcenia, albowiem temat wpisu jest skądinąd pozytywny.

Czyżbym nauczyła się zawijać posty?