środa, 31 grudnia 2014

Szczerość wobec siebie, czyli postanowienia noworoczne - wersja alternatywna

Ach, moi najdrożsi czytelnicy.

Trzeba być szczerym wobec siebie.

POSTANOWIENIA NA 2015

1. Będę ograniczała słodycze. Będę żarła czekoladę dniami i nocami, będę podkradać ją z miejsca, w którym zazwyczaj jest przechowywana, z miejsc, w których zazwyczaj nie jest przechowywana, oraz z kieszeni niewinnych pasażerów komunikacji miejskiej.

2. Będę dbać o linię poprzez ćwiczenia i sporty. Zamorduję swoją wuefistkę, żeby raz na zawsze skończyć z lekcjami wychowania fizycznego. Rześkie popołudnia spędzać będę na gniciu przed komputerem i garbieniu się nad książkami (bynajmniej nie szkolnymi).

3. Wezmę się za siebie i dobiję do czwórki z matmy na koniec roku - przecież stać mnie na to i na więcej! Ostatkiem sił dobrnę do świetlistej, chwały i gloryi pełnej, powalającej na kolana trójki! Oto ja, nieustraszona Bukwa! Drżyj, matematyko!

4. Popracuję nad charakterem i nauczę się nie wpadać tak szybko w złość. Dokupię sobie zapas poduszek do gryzienia w furii.

5. Zacznę wstawać trochę wcześniej niż dotychczas, żeby na sto procent wyrobić się ze wszystkim. Ferie skutecznie zaburzą mój wewnętrzny porządek, dzięki czemu do kwietnia będę budzić się dwadzieścia minut później niż powinnam. (Naprawdę, to ma realna obawa. Już widzę siebie, pędzącą do komunikacji miejskiej w kapciach - nie noszę kapci, ale to barwna wizja - i z wypchaną torbą, jak łopocząc połami szlafroka - którego, swoją drogą, też nie noszę - stanowię cudowny obraz spóźnionej o pół lekcji do szkoły.)

6. Zacznę chodzić wcześniej spać.  Jak już mówiłam, po nocach będę żarła kradzioną czekoladę, więc to chyba zrozumiałe, że nie zamierzam spać w ogóle.

7. Będę pisać długie, interesujące i inspirujące posty na moim blogu. A, czasem coś tam skrobnę w tej Otchłani. Tak raz na dwa miesiące, chyba im wystarczy.

8. Stanę się niezależna i dojrzała, czyt. uwolnię się od moich wszystkich fikcyjnych miłości. Mój borze, Nico mi się śnił (już dwa razy! Naprawdę! *dzikie podniecenie*), może to znak, że wkrótce się pobierzemy?

A teraz na poważnie (no, poważnie jak poważnie, ale... no jeju, dobra, po prostu życzenia chcę Wam złożyć no): Nowy Rok nam nadchodzi. 2015. Nie podoba mi się ta liczba, bo nie dzieli się ani przez dwa, ani przez trzy (!). Ach, żeby przynajmniej sam rok był udany! Ale kurczę, wyobraźcie sobie, że ludzie żyją już na Ziemi ze cztery tysiące lat (co najmniej, ale nie jestem zbyt dobra z historii, więc nie wiem - grunt, że jakoś paradoksalnie dużo tych lat). I nadal się nie wybiliśmy! Nasz ograniczony gatunek zaskakuje mnie z każdym dniem. Ale! Dość tych dygresji, czas na życzenia noworoczne! *jupiii!* Tak więc życzę Wam, aby Nowy Rok przyniósł ze sobą radość, nowe ciekawe cele do osiągnięcia i marzenia do spełnienia, i dużo okazji do osiągnięcia tychże celów i spełnienia tychże marzeń. No i jeszcze życzę fajnego Sylwestra (znowu, ale oj) - Sylwester rzecz ważna!

O, tak to mniej więcej powinno wyglądać. ALICJA ♥


środa, 24 grudnia 2014

Wesołych świąt!

Kochane ludziki!

Na początek: chciałam Wam wszystkim bardzo, bardzo podziękować za wszystkie przeurocze i przesympatyczne komentarze oraz za wszystkie genialne posty, które z kolei ja mogłam skomentować. Uwielbiam Was! To moja druga Wigilia w legendarnej już Otchłani i jestem zdecydowanie zadowolona, że tyle dotrwałam, ale przede wszystkim - że Wy tyle dotrwaliście/dotrwałyście. *zakłopotany uśmieszek małego lemurka*

Do rzeczy (bo zaraz zaczniecie rzygać tęczą, no i to już nudne, jak się tak rozczulam, więc daaaleeej, jadymy z tym koksem!): z okazji Świąt życzę Wam zdrowia (zdrowie rzecz ważna), radości (i dużo powodów do tej radości), przyjaciół - nie musi być ich jakaś zatrważająca liczba, ale żeby chociaż jeden był - zawsze, do końca życia (tak radośnie), no i do tego jeszcze sporo WENY i pomysłów, jakby tu sobie ułożyć życie (chyba że już macie ułożone, w takim razie - byle tak dalej!) ♥

Na koniec: obrazek, bo obrazek być musi. Ale chyba nie spodziewaliście się (albo -łyście się... Niby same tu dziewczyny, ale trza być w życiu przezornym, ot co? [Przezorną!]), że nawiąże on jakkolwiek do tematu, co nie? 

To z "Rodzinki Robinsonów". Borze, kocham ten film (taa, mogliście się już przyzwyczaić, że ja kocham mnóstwo animacji dla dzieci, więc wiecie... tia.) ♥

Post z życzeniami świątecznymi? Wstaw do niego gifa z gadającym dinozaurem, bo czemu by nie?

Mam nadzieję, że dobrze spędzicie te Święta, no i że potem dorobicie się Sylwestra wszech czasów (choćby i miałoby to polegać tylko na czytaniu książki przez całą noc - powiedziałabym wręcz "nawet jeśli nie" zamiast "choćby i" :D)!

Wasza Bukwa

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Detektywi - opis przypadku, czyli w tym poście jest zdecydowanie za dużo myślników

Hej, ludziki!

Posta nie było od tygodnia z kawałkiem, więc dzisiaj jakoś mnie wzięło, natchnęło/popchnęło poczucie obowiązku, no i oto jestem. To ja. Co prawda nie opłaca się pisać posta na dwa dni przed Wigilią, kiedy wystarczy wklepać krótką rymowankę z życzeniami i odhaczone (Bukwa ujawnia się jako pogardliwy i wyrachowany zgorzknialec). Ale mam dosyć ciekawy (przynajmniej we własnym mniemaniu - ach, ja! Feels like a Narcyz) temat, więc w sumie czemu się krępować?

Temat dotyczyć będzie kryminałów, a dokładniej - ich głównych bohaterów. Dlatego też Ci, którym to nie odpowiada, mają przywilej usunięcia się z drogi, nim rzucę im zdumione spojrzenie pod tytułem "ale jak to nie znasz Sherlocka Holmesa? Ale jak to nie kojarzysz Herculesa Poirot?!". Mimo to zachęcam jednak do przeczytania - może się jeszcze przekonacie?
Ale o co w sumie chodzi? Otóż o to, jak trudno musi być skonstruować postać detektywa, która się przebije. Co sprawiło, że niektórzy z nich (patrz wyżej) przeszli do historii? Co ich łączy? Ale przede wszystkim - co dzieli, bo każdy pisarz kryminałów stara się wyposażyć swojego głównego bohatera w zestaw cech unikalnych, zarówno charakteru, jak i wyglądu. Może więc przyjrzymy się kilku przykładom? Przykładom i książkowym, i filmowym, zaznaczmy.

1. Sherlock Holmes
Wbrew temu, co pisałam zapobiegawczo na górze - słyszeli o nim chyba wszyscy. Błagam. Początek literatury kryminalnej, czyli ten supergenialny, chłodny i energiczny prywatny detektyw. Od razu kojarzony z czapeczką w kratkę i fajką, no i analitycznym umysłem. Skrzypek (♥) i narkoman, z nieodłącznym Watsonem u boku. Przedstawiany w dziesiątkach filmów (w większości jako gość w podeszłym wieku, chociaż w sporej części książek był bardzo młody, po studiach - tak przynajmniej wykazała moja niezbyt zaawansowana dedukcja, przeprowadzona na boku w trakcie lektury), z których widziałam tylko półtora. Dokładniej jeden serial (czyli "Sherlock BBC", którego kocham i nikt mi na zabroni - genialnie zrobiony) i połowę "Gry cieni" z Robertem Downeyem Jr w roli Holmesa. Interesująca propozycja (czyt. matko, nie podejrzewałam, że ten aktor może mieć cokolwiek wspólnego z moim wyobrażeniem Sherlocka), trochę mroczna. No ale niestety obejrzałam ją tylko do połowy. Ale przysięgam, już nigdy więcej nie pozwolę, by od wchłaniania kultury oderwał mnie tak prozaiczny powód jak późna pora! Ale ad rem. Jaki jest Sherlock? Taki, jak już pisałam wyżej, czyli chłodny, logicznie myślący, a także przeżywający pewne huśtawki emocjonalne - najpierw jest niesamowicie pobudzony, potem niesamowicie bierny. Jednak przede wszystkim to błyskotliwy geniusz. (czy to nie masło maślane? Ale oj tam, skoro to prawda)

2. Hercules Poirot
Także dosyć znany, bo stworzony przez królową kryminału - Agathę Christie, belgijski detektyw nazwiskiem Poirot zdecydowanie wzbudza sympatię. Pedantyczny, o nienagannych manierach i wielkich wąsach. Tak jak mówi cudowny art - z lubością korzystający ze swoich małych szarych komórek. W śledztwach towarzyszą mu rożne osoby - czasem jego własny Watson, czyli kapitan Hastings, czasem różni starzy znajomi, przez kilka książek pisarka Ariadne Oliver. A czasem mały Belg działa tylko na własną rękę. Tak jak Holmes dociekliwy i czujny - ale to właściwie cecha każdego detektywa. Kolejna rzecz, która łączy tych dwóch, to niechęć, jaką żywili do nich twórcy. Conan Doyle spycha Sherlocka z urwiska (ale potem sprowadza z powrotem do życia, bo zrozpaczeni czytelnicy nie dawali mu spokoju. Lubię tych czytelników.), Poirot ginie w Kurtynie. Agatha Christie wręcz go nienawidziła, ale - o! ironio losu! *złośliwy uśmieszek* - to jej najciekawszy i najzabawniejszy detektyw. Jest też bohaterem mnóstwa książek, ale ja, chociaż się tutaj wymądrzam, nie przeczytałam ich wcale tak wiele - więc nie traktujcie moich słów poważnie, ech. Ale taka jest prawda, ja po prostu jestem beztroska niczym motylek skaczący z kwiatka na kwiatek.

3. Cormoran Strike *OD TEGO MOMENTU ZACZYNAJĄ SIĘ DETEKTYWI, KTÓRYCH NIKT NIE ZNA, ALE PRZECIEŻ PO COŚ SĄ TE OPISY*
Może przesadzam, mówiąc, że tego detektywa nikt nie zna, bo wokół książki, w której występuje, było swego czasu małe zamieszanie - wydało się, że jej autorem nie jest enigmatyczny Robert Galbraith, a *tam tam tam* J.K. Rowling we własnej osobie. No i jak to z jej książkami bywa, i ta jest świetna. Napisana ze smakiem, wprawą i lekkim piórem... ale, ale, recenzje to już zamknięty rozdział, zapomniałaś, Bukwa? No dobra, dobra. *prowadzi rozmowę ze swoją drugą osobowością* Więc. Detektyw, z którym tu mamy do czynienia, zwie się bardzo wdzięcznie - Cormoran Strike. Jest olbrzymim, zarośniętym byłym żołnierzem bez połowy prawej nogi, bez mieszkania (sypia w biurze), bez pieniędzy i bez swojej dotychczasowej narzeczonej, z którą rozstał się w nieprzyjemnych okolicznościach. Mimo tego, że wydaje się brutalny, a przynajmniej mrukliwy (a może właśnie dlatego?) bardzo go polubiłam. (Ta, wiem, nudna jestem, ale ćśśś). W śledztwie był wytrwały w szukaniu dowodów, zagłębiał się w każdy szczegół, zastanawiał się nad wszystkim i rozegrał rzecz sprawnie, dlatego też przyznajemy mu Order Merlina Pierwszej Klasy i bonusowo Puchar Quidditcha. Ale przecież nie można o nim powiedzieć że nie okazuje emocji albo jest z natury niezwykle kulturalnym dżentelmenem. Oryginalność trwa.

4. Adrian Monk
 
Z tego, co wiem, ten pan nie ma żadnej książki - jest jedynie bohaterem serialu, którego oglądałam zaledwie kilka odcinków, jednak spodobał mi się od razu. Monk jest tak wyrazisty, że aż groteskowy, cudownie przerysowany i rozbrajający w każdym możliwym względzie. Jeszcze bardziej pedantyczny od Poirota, cierpiący na nerwicę natręctw oraz lęki przed wszystkim, co tylko możliwe, nie ruszający się z domu bez pielęgniarki. Komiczny - i właśnie o to chodzi. Monk mój kochany.

5. Kurt Wallander i Harry Hole
Tutaj nie ma obrazka. *huehue* Nie ma, bo tych detektywów nie znam, chociaż są również dość popularni - obaj z literatury skandynawskiej. Wallander z twórczości Henninga Mankella, a Hole - z Jo Nesbo. Jednak moi rodziciele są ich wielbicielami, więc trochę o nich słyszałam. W mych wyobrażeniach obaj rysują się mniej więcej tak: zarośnięty facet po czterdziestce z chrypką, przeklinający i rozwiązujący jedynie sprawy krwawych morderstw (zauważymy, że w większości pułarotów narzędziem zbrodni jest albo trucizna, albo pistolet). Czy jest na sali lekarz ktoś, kto miał okazję się z nimi zapoznać? Jeśli tak, niechże wypowie się w komentarzu ^^ Ach, ta Bukwa.

6. Grupka detektywów Agathy Christie, którzy nie zdobyli aż takiej popularności jak Poirot, ale jednak są.

Więc jest ich trochę, wymienię w punktach, bo jestem zorganizowana i dziarska, o!
○ panna Marple - staruszka, której nikt nie podejrzewa o bycie detektywem, spokojna i uprzejma, dorobiła się serialu. Ta pogarda...
○ Tommy i Tuppence - sympatyczna para w podeszłym wieku, czytałam tylko jedną książkę z ich udziałem. Nie wyróżniają się niczym specjalnym - a może to właśnie jest ich atut?
○ Ariadne Oliver - pisarka kryminałów, chyba trochę autoparodia Christie, z tego co wiem była główną bohaterką kilku książek.
○ Harley Quin i pan Satterthwaite - pojawili się razem w tomiku miniatur zatytułowanych "Tajemniczy pan Quin"; tytułowy bohater całkiem ciekawie stylizowany na pojawiającego się znikąd Arlekina. Dosyć specyficzne są te opowiadania, czuje się w nich podmuch magii, odrealnienia.

Co łączy tych wszystkich detektywów, oprócz, rzecz jasna, dociekliwości i inteligencji? Każdy jest mimo wszystko trochę inny. A jeszcze jak dorzucić do tego masę detektywów serialowych, na przykład (przykładów znam sporo, choć mało z tych seriali widziałam) wielki, czarnoskóry Luther, Vera, która wygląda idealnie jak przekupka, albo, kurcze, co w końcu, polski ojciec Mateusz z powiewającą sutanną i niezmiennym zakończeniem w stylu "no i popchnąłem go niechcący, a on akurat upadł na kamień". No... ale chyba też detektyw, czyż nie?

Według mnie jedną z cech wspólnych wszystkich znanych detektywów (i nie tylko! Właściwie wszystkich bohaterów literackich!) powinno być chwytliwe nazwisko. Sherlock Holmes, Hercules Poirot, Cormoran Strike, Kurt Wallander. Brzmią dobrze. Pasują do właścicieli. Fajny przykład to też Harry Potter albo Lemony Snicket (♥), takich nazwisk po prostu się nie zapomina. I tyle!


No to teraz Wasza kolej. Porządnie się wymęczyłam z tym postem, a przecież tylko prosto i krótko opisałam kilka postaci! Ale Wy też spróbujcie, bo znając mnie, zapomniałam o jakimś superpopularnym detektywie i teraz to Wy będziecie na mnie patrzeć ze zdumieniem, ale oj. Pomocnicze pytanka (zawsze spoko!):
1. Jaki jest Wasz ulubiony detektyw (jeśli macie, rzecz jasna)?
2. Co pozwala postaci tego typu wybić się ponad inne?
3. [Bonus do kreatywności] Wasz wymarzony detektyw? Jaki byłby? (Albo byłaby, bo cuś tu pań przymało)

Trzymajcie się!
Wasza Bukwa
                   (teraz pewnie wychodzę na jakąś niesamowitą pasjonatkę kryminałów - ale w sumie trochę tak jest, bo ja jestem niesamowitą pasjonatką prawie wszystkich gatunków literackich. Cóż poradzić)

Hiro z Big Hero 6. Bo gify z animacji Disneya być muszą ♥

niedziela, 14 grudnia 2014

Nobel jako przycisk do nut, diaboliczny plan i skromność na poziomie zerowym, czyli stało się to, na co wszyscy czekali

Hej!

Po tygodniu milczenia z mojej strony i co najmniej dwóch obietnic, że wreszcie napiszę ten post (TEN post. Ten niesamowity, chwalebny post, który odmieni nasze życie) - nadszedł czas.
Oto post instrumentalny. Voila!

Uwielbiam instrumenty. Naprawdę. I uwielbiam wszystkich ludzi, którzy uwielbiają swoje instrumenty, i którzy wyczyniają z nimi przeróżne rzeczy - piękne albo po prostu szalone. Zawsze największą mą sympatię budzą akompaniatorzy (czy też jak ich nazwać) - mam takie (pewnie mylne, ale i tak nie zmienię zdania) wrażenie, że łatwiej być wokalistą. Można przecież śpiewać dobrze i bez żadnych lekcji, a z instrumentem tak łatwo już nie jest, gra zawsze wiąże się z mniejszą lub większą dawką ciężkiej pracy. (To brzmi tak poważnie i godnie, nie uważacie? Tylko żeby tak się do tego stosować... Ale ćśśśśś. Ja nie chcę być leniem. "Nie będę leniem, wiernym na balkonie!" Taka piosenka była, tylko że o Julii, nie o leniu. Ej, dobra, przeciąga się ta mała czcionka. Koniec, powiadam. Koniec.)

♥ GITARA

Moja niesamowita kariera wschodzącej gwiazdy i dżinialnej multiinstrumentalistki rozpoczęła się od lekcji gry na gitarze klasycznej. Rzecz jest o tyle osobliwa, że wcale ich nie lubiłam. Nie lubiłam nudnych etiud, gam i utworów klasycznych, a największą nienawiść żywiłam do czytania nut (wciąż za tym nie przepadam, ale najwyższa pora ogarnąć się po tych sześciu latach grania ze słuchu i na pamięć). Uczyłam się cztery lata, a potem skończyłam. Trochę mi przykro, kiedy o tym myślę, ale nie dlatego, że przerwałam naukę, a dlatego, że mogłam to wszystko jakoś inaczej zorganizować. Ale mniejsza z tym. Po porzuceniu lekcji zostałam tak zwanym wolnym strzelcem: grałam, co chciałam - i to właśnie mi się podobało i podoba nadal. Taka wolność, że mogę zagrać cokolwiek, byle dano mi chwyty. Kocham grać. Kocham siedzieć na łóżku, na podłodze, na trawie albo na pokrowcu i całym ciałem czuć, jak gitara wibruje, jak struny drżą pod moimi palcami (poetyckość: aktywowana), i właśnie zdałam sobie sprawę w tym słowotoku, że żadna z moich gitar (mam trzy: klasyczną, akustyczną i zepsutą) nie ma jeszcze imienia! To skandal! Ale właśnie psuję swoje artystyczne wynurzenia. A więc jeszcze: kocham być jakby zespolona z instrumentem, przytulona, i kocham jeździć z nim komunikacją miejską i wyglądać na młodą, gniewną, genialną artystkę, muzyka i hipisa.

♥ PIANINO

Mniej więcej rok temu (no, może rok z kawałkiem) zaczęłam uczyć się grać na pianinie. Właściwie sama nie wiem, co było w tym przypadku spiritus movens (elokwencja: również aktywowana). Ważne, że zaczęłam. Nuty tradycyjnie ciężko mi wchodzą, ale nie można stać się muzycznym dżiniasem, jeśli nie potrafi się brawurowo zagrać jakiegoś utworu, raz tylko rzucając okiem na jego zapis. No więc pracuję nad sobą. (I znów ten poważny ton, ale czego się nie robi...) W pianinie uwielbiam jego monochromatyczność, idealne, czyste połączenie czerni i bieli, oraz idealne dźwięki. Gdy mam ochotę na kryształowe źródełko szemrzące wśród gładko wypolerowanych kamieni, znajdę je po prawej stronie klawiatury, po lewej zaś - grzmiący nisko wodospad (dajecie radę z tymi głębokimi porównaniami?). Poza tym gra nie jest trudna. Oczywiście zdarzają się trudne przypadki utworów, które nie chcą współpracować i nie zamierzają złamać się w swoim postanowieniu, póki nie będzie się ich grało przez trzy miesiące (pozdrawiamy "He's a pirate" Klausa Badelta - było ciężko... no ale to i tak mistrzostwo ♥). Ale pianinko jest zdecydowanie sympatyczne. Tak samo jak pianiści. We mnie zawsze wzbudzają pewien podziw, kiedy tańczą smukłymi dłońmi po klawiszach. No wiecie, tacy najwięksi pasjonaci z grzywą włosów do odrzucania po koncercie.

♥ UKULELE

Rezolutne, lekkie i radosne - ukulele, mała gitarka o czterech strunach. Dostałam swoje na święta tamtego roku, ale nie musiałam się uczyć - gitarowe doświadczenie połączone z chwytami znalezionymi w głębinach netu wystarczyło. Ale naprawdę, ukulele wymyślił jakiś geniusz, któremu nie chciało się dźwigać gitary, no i który lubił pozytywne wibracje płynące z piosenek. Są, oczywiście wyjątki, czyli smutne piosenki, albo takie, które w ogóle nie brzmią dobrze na tym instrumencie. Jednak według mnie ma on praktycznie same plusy. O, nawet listę wam zrobię.
Chyba nawet robiłam kiedyś taką listę, ale to były plusy harmonijki. Ale do niej zaraz dojdziemy!
Ukulele:
+  jest nieduże, łatwo się je nosi i transportuje
+ zazwyczaj też gra się łatwiej niż na gitarze - jest co prawda mniej strun, ale zdecydowanie węższy gryf bardzo poprawia sytuację (na przykład "Skyfall" Adele na ukulele... magicznie :D)
+ jest intrygujące i oryginalne
+ brzmi słodko i/lub zawadiacko, aż żal nie umieć na nim grać! (Możecie to odebrać jako sugestię... *muahahaha, imperium ukulelowskie rośnie w siłę* To prawie jak Mafia Mrocznego Motylka)

♥ HARMONIJKA

Z harmonijką ciężka sprawa, bo *ukradkiem ociera łzę z oka* zgubiłam ją. Moją własną, kieszonkową wersję organków (organek?) Włóczykija! Malutką maszynkę do muzykowania wieczorami na balkonie, do nieudolnego grania kolęd i "Whisky" z tabów znalezionych w internecie. Najbardziej niezobowiązujący instrument w mym dorobku... Zniknął. *szloch* Swoją drogą, do tego to po prostu trzeba być Bukwą, żeby zgubić harmonijkę (sic!) i po paru miesiącach nadal nie wiedzieć, gdzie jest. Pozdrawiam sama siebie. Joł.

♥ WIOLONCZELA

Moja najnowsza miłość. Wiolonczela jest prześliczna sama w sobie - smukła, misternie zdobiona, wykonana z gładkiego drewna. Trzeba poświęcić jej czas, idealny kształt dłoni (kiedy gra się już naprawdę dłuuuuuuugo, lewa się lekko deformuje, ale oj tam, oj tam), i delikatne opuszki palców, która stwardnieją na kamień, i bluzki, które od ćwiczeń wycierają się w okolicach mostka.
 Nie mogę się już doczekać.
Jak na razie miałam kilka lekcji (siedem? osiem? Chyba nie więcej), i zaprawdę, zaprawdę, powiadam Wam, jeszcze kiedyś o mnie usłyszycie, i faktycznie będę miała swój fanclub (który narodził się w komentarzach pod tym postem - kocham Was ♥), i w ogóle będzie chwała, gloria i dizka radość, i zostanę Pablo Casalsem (tez nie chodził do szkoły muzycznej) w spódnicy, albo, ba! przebiję go! Potem wszyscy zaczną naśladować moją technikę gry, ale będę nie pokonana, okrzykną mnie dżiniasem i dostanę Nobla z fizyki, bo z muzyki nie ma, zresztą taki Nobel dobra rzecz, nie wiem czy jest statuetka, ale jeśli tak, będzie mi świetnie służyć jako przycisk do nut, w razie jakby miał mi je zwiać wiatr, no i nie uważacie, że to jest naprawdę genialny, DIABOLICZNY plan? *uśmiech szaleńca*
Więc po tych dwóch miesiącach dopiero się oswajam ze smyczkiem i jeszcze nie mam wiolonczeli w domu, żeby móc się do niej przytulić. Bo wiolonczela właśnie taka jest - musisz ją przytulić, stać się jej częścią, i wtedy będziesz dobrze grać. Ale cóż, na razie moje największe osiągnięcie to zagranie pizzicato (dla niewtajemniczonych: szarpiąc za struny, a nie smyczkiem) wielce głębokiej i poruszającej pieśni "Pije Kuba do Jakuba". Jest to utwór wzbudzający takie emocje, że pozwolę sobie nie pisać o nim więcej.

No i to by było na tyle. Teraz porcja pytań na deser:
1. Gracie na jakimś instrumencie? (Jakim? Jak długo?)
2. Czy Wasze instrumenty mają imiona? :D
3. Czy wiedziałyście/wiedzieliście, że Aleksander Wielki był prawdopodobnie najbogatszym człowiekiem w historii?

I jeszcze: jak chcecie, to bez skrupułów z radością podkradnijcie mi pomysł, bo zawsze lubię słuchać o muzyce jako takiej, i o instrumentach, i w ogóle.

Niektórzy ludzie kochają zwierzęta. Czy to możliwe, że ja kocham instrumenty? ^^'


Wasza
niesamowicie genialna, utalentowana i muzykalna niczym, po prostu, sama nie wiem kto
                                        już wiem, muzykalna jak Bukwa
                                                           no wiecie, ta niesamowicie genialna, utalentowana, muzykalna multiinstrumentalistka (ta, która daje takie megasuperepickie konecerty w metrze! O!)
                                                          dobra, kończmy już to po(d)pisywanie
                                                                        cóż za kalambur!
                                                                           denerwuje mnie już to przyciskanie spacji bez końcaaaaaaa
                                      Bukwa.

PS Co do ludzi, którzy wyczyniają szalone rzeczy ze swoimi instrumentami: kojarzycie Grupę MoCarta? Są świetni! :3 Polecam, Bukwa.


sobota, 6 grudnia 2014

Pozytywnie, sposób na przetrwanie życia i nadmiar wykrzykników, czyli diagnoza: dżinias

Hej, ludziki!

Tak, wiem i ubolewam. Otchłań jest opuszczona, zapuszczona (przypuszczona? odpuszczona?). No, w sumie trochę odpuszczona też, ale ja po prostu nie mam tyle czasu. Nie da się ukryć, tak po prostu jest - a musicie wiedzieć, że każdy post wymaga poświęcenia dwudziestu, trzydziestu minut (to te najgłupsze i najkrótsze), a czasem i godziny (o dziwo!). Chociaż, oczywiście, czas poświęcony to nie czas stracony ♥
Dawno, dawno temu Pola nominowała mnie (♥) do pewnego projektu z wypisywaniem pozytywów (przydatna rzecz!). Oczywiście zapomniałam o tym, ale postaram się teraz zrobić retrospekcję minionych... moment... siedmiu dni. Tygodnia, znaczy się. Więc.

Niedziela, 30 listopada (mój borze sosnowy, to było tak dawno i nic nie pamiętam, ale okej)
○ udało mi się napisać głupie opowiadanie do szkoły, nad którym męczyłam się przez cały poprzedni dzień (tak bardzo pozytywnie)
○ byłam na pierwszej w życiu aukcji obrazów
○ jadłam przepyszny obiad (krem brulee na deser)

(Ależ jestem światowa, kulturalna i dystyngowana. Aukcje, kremy brulee, ambitna proza... No, no.)

Poniedziałek, 1 grudnia
○ miałam pięć godzin polskiego pod rząd (pozdrawiamy konkursy) - a ja lubię polski! kto nie lubi, ten karczoch!
○ wróciłam do domu trochę (ale jednak) wcześniej niż zwykle
○ dostałam kalendarz adwentowy (właśnie, tam wyżej jeszcze Adwent powinien być!)

Wtorek, 2 grudnia
○ wreszcie napisałam test z fizyki, który tak złowrogo nade mną wisiał
○ wyżej wymieniony test okazał się być tak banalny, że aż ciężko było w to uwierzyć
○ haha, nie było matmy!

Środa, 3 grudnia
○ straciłam biologię i fizykę!...
○ ...na rzecz pisania konkursu, więc już nie musiałam się do niego uczyć!
○ okazało się, że z tego testu dostałam *uwaga, uwaga* szóstkę *dżinias*

Czwartek, 4 grudnia
○ zdjęto mi aparat ortodontyczny i mogę żuć gumę (sukces)!
○ dekorowaliśmy klasę na styl świąteczny i (jak tylko skończymy) będzie wyglądała megasuperepicko
○ na francuskim było... pociesznie

Piątek, 5 grudnia
○ najlepszy dzień tygodnia!
○ to przykre, że moje pozytywy tak się wiążą z ocenami, ale... no kurcze, piątka z muzyki, i... *uwaga, uwaga, UWAGA!*
○... SZÓSTKA z chemii. Jestem. Mega. Dżiniasem. *skromność* Hue, profesor napisał mi o tym około jedenastej w ramach "prezentu mikołajkowego" :D

Dzisiaj (jak na razie, albowiem dnia nie należy oceniać przed zachodem słońca... Ale w sumie słońce już zaszło. *grudzień śmieje się diabolicznie za oknem*)
○ odbyłam pierwszą lekcję wiolonczeli ze smyczkiem (yeah!)
○ nareszcie nie muszę się martwić pracami domowymi, nic nam nie zadali, nie muszę się niczego uczyć i jestem taka... wolna, czy coś
○ Święty Mikołaj zaszalał :D Serio. Dostałam mnóstwo cudownych rzeczy ♥

W ogóle musicie wiedzieć, że ja żyję oczekiwaniem. I wiem, że teraz bluźnię przeciwko carpe diem i tak dalej, ale tu nie chodzi o to, że patrzę tylko w przyszłość, nie przejmuję się tym co teraz, nie umiem się cieszyć chwilą, et cetera, et cetera. Chodzi o to, że miło jest wstać rano z myślą: "ale super, jeszcze tylko trzy dni do wyników konkursu/jeszcze tylko osiemnaście dni do Świąt/jeszcze tylko miesiąc do ferii/a jutro jest nadal weekend i nie będę musiała nic robić". I tak żyję sobie... zazwyczaj. Ale teraz mam jeszcze lepszy sposób. Żyć książkami. Ale wiecie, to brzmi tak górnolotnie, ale przecież jakie to jest zmyślne! Na przykład. Jest już wieczór, leżysz w łóżku i nie możesz zasnąć, bo martwi cię że masz jutro klasówkę/musisz jutro porozmawiać z kimś, kogo się wstydzisz/masz jutro dziesięć matm pod rząd i żadnego polskiego/cokolwiek. To wtedy możesz sobie pomyśleć: "no niby tak, ale przecież równie dobrze mogę jutro czytać dalej "Szukając Alaski"/"Alicję w Krainie Czarów"/"Tajemniczego pana Quina"/"Opowieści sieroty" (tak, to to, co aktualnie mam do przeczytania... i tak się cieszę, że hej! Co prawda jest jeszcze lektura, ale chyba nie będzie z nią tak źle). I od razu chce się dalej żyć! Choćby po to, by połknąć kolejny rozdział... ewentualnie osiem. Przynajmniej ja tak mam.
(UWAGA! Ten sposób może nie zadziałać, jeśli:
a) nie masz ciekawych książek;
b) w ogóle nie masz książek;
c) nienawidzisz czytać;
d) nie umiesz czytać.)

Posta instrumentalnego jak nie było, tak nie ma, ale! nie martwcie się, gdyż będzie. W końcu. W każdym razie chcę w to wierzyć.

A, jeśli jesteś tutaj po raz pierwszy/drugi, i jeśli chcesz skomentować, to czyniąc to, zostaw również link do bloga (jeśli takowy posiadasz). Chodzi o to, że czasem ludzie mają blogów kilka albo mają konto na Google+, które mój komputer nie zawsze ogarnia. Więc byłabym wdzięczna ^^

A na koniec jakiś obrazek - bo obrazek być musi!
Słodkość, level: hard.

Wasza Bukwa

piątek, 14 listopada 2014

Zupa to zło, czyli co odkryłam, co jest ważne, o co pytam, a w ogóle to tako jakby nominacyjka. Yay!

Cześć, ludziki (lubię mówić "ludziki", to takie urocze, fajniejsze niż normalnie "ludzie" - bo normalnie to źle, tiaa - i znowu za długi nawias - kurczę, na samym początku posta, no)!


Zostałam (już megadawno - ojć) nominowana przez cośśkę z tego bloga do pewnego małego przedsięwzięcia, mianowicie do wypisania: 

! - moich ostatnich odkryć
↑ - co jest dla mnie ważne w życiu (może być ogólnie, może być z ostatniego czasu)
? - pytania które zadam następnej osobie




Lubię te takie zabawy, bo przynajmniej nie muszę wymyślać posta (pieczątkę patentu lenia mam wybitą na każdym dokumencie). Ale okej, okej, postaram się napisać coś w miarę... sensownego, może nawet długiego. Się zobaczy. Zatem, nie czekajmy i zobaczmy! 
 ! Odkryłam, że latanie samolotem może nie być takie straszne. Niestety tyczy się to tylko drogi powrotnej, bo wtedy między przylotem a odlotem nie zostaje za dużo czasu na zamartwianie się i drżenie o swe nerwy, życie, psychikę i tak dalej. A więc się da! Odkryłam też jedną z najcudowniejszych (jeśli nie najcudowniejszą) historyjek obrazkowych na tym świecie. Mowa rzecz jasna o Mafaldzie, postaci stworzonej przez argentyńskiego rysownika Quino (druga połowa XX wieku). Mafalda jest "wiecznie oburzoną" (i jest oburzenie rozczulające!), nieletnią, pulchną działaczką społeczną. Jej największym wrogiem są wojny, przemoc i zupa. No aż nie mogę się powstrzymać, nie będę się rozpisywać, a Mafalda jest za rezolutna, by jej tu nie wstawić.
Obrazeczek pierwszy: kwintesencja spoilerowania. (Gińcie, spoilery!)
Obrazeczek drugi: z przedsiębiorczym, pragmatycznym Manolito.
Obrazeczek trzeci: z Susanitą, której najwiekszą ambicją jest zostać klasyczną panią domu, matką lekarza.
Każde z bohaterów przedstawia trochę inne poglądy polityczne, w takim "całkoształcie" mafaldystycznym pełno jest zagadnień typu wojna, pokój i tak dalej, a zupa symbolizuje... Dobra, dobra, idziemy dalej.

W życiu ważne jest dla mnie przynajmniej jako taka wolność, spokój, zdrowie, no, ale przede wszystkim KSIĄŻKI *hihihihi* Ech, cóż to by było za życie bez książek.


? Pytanie, która zadała mi cośśka: Jaki jest Twój ulubiony film i dlaczego? Opisz krótko fabułę ;)


Choć lubię naprawdę wiele filmów ("Amelia", "Incepcja", "Iluzja", "Rain Man", "Pan od muzyki", "Co gryzie Gilberta Grape'a?" i tak dalej) to miejsce pierwsze zagarnia "Little Miss Sunshine" (czy też w polskim tłumaczeniu "Mała miss"). I nie, to nie jest o wyborach miss. To znaczy, właściwie jest, ale nie o to chodzi. A o co zatem chodzi? Cóż, generalnie głównymi bohaterami jest rodzina Hooverów, złożona z:
○ ojca-nieudacznika, zajmującego się motywacją do wygranej
○ dziadka-erotomana (okej, to nie taki niewinny film, ale bez przesady - to tylko dziadek taki), którego wyrzucono z domu starców za posiadanie narkotyków
○ wuja Franka, niedoszłego samobójcy, geja i znawcy Prousta
○ Dwayne'a (mojamiłośćżyciaoprócznicaleosiahaymitchafinnickasmolipaluchaalbusaborzeborzeborze), który przysiągł, że nie odezwie się ani słowem, póki nie dostanie się na Akademię Lotniczą ♥
○ pulchnej, ośmioletniej okularnicy Olive, marzącej o zostaniu Małą Miss Słoneczko
○ matki, jedynej w miarę rozsądnej w tej hałastrze (siostra Franka).

Ta oto radosna gromadka wyrusza rozklekotanym vanem na wybory małych miss. I tak, przeklinają. Tak, jest gej, narkoman, erotoman, Bóg wie co jeszcze. I tak, można nadal kochać ten film. Bądź jak Bukwa, kochaj Małą Miss! No. Bo to jest po prostu film inteligentny, a przynajmniej według mnie. I tyle, kocham Dwayne'a, więcej do szczęścia nie trzeba, YOLO, tralala, cieszmysięzmałychrzeczy! ♥



 *moment kulminacyjny* Zadaję pytanie...

? Pytanie do Tutti z tego bloga:*ten moment, kiedy przez dziesięć minut wymyślasz ciekawe pytanie* Gdybyś miała szkatułkę, do której możesz włożyć tylko trzy rzeczy, a wyjąć je możesz jedynie ty, to co byś tam włożyła?

No. Ostatnio mam ochotę napisać coś o muzyce - mam na myśli te wszystkie instrumenty i tak dalej, więc może wkrótce pojawi się jakiś post tego typu. 
Mam nadzieję, że spodobała Wam się Mafalda, i Mała Miss, i pomysł cośśki, i to jak go wykorzystałam, i że podoba Wam się świat - przynajmniej trochę! Ma dużo wad, to prawda, ale innego nie mamy.

Wasza Bókffa ♥

PS Uwaga! Posta zawiera znaczne ilości tych takich serduszek. Nadużycia, nadużycia, wszędzie.

piątek, 7 listopada 2014

Niesamowity, pierwszy w historii, podniosły, godny swej chwały w stu procentach dzień 7 listopada.

Najdrożsi Wielką Literą z Szacunku i Sympatii Pisani Czytelnicy!

Wiem o tym i wstydzę się tego, ale posty ostatnimi czasy nie pojawiają się... Się. Kropka. Jednakowoż! Liczę na to, że nie zamierzacie porzucić mnie samotnej w Otchłani, ponieważ dzisiaj, właśnie dzisiaj, 7 listopada, jest bardzo ważny dzień.

To może być dzień, w którym dokonam największej transakcji w całej mojej karierze.” - wuj Vernon, „Harry Potter i Komnata Tajemnic”
Cytowanie Harry'ego z pamięci. To jest obsesyjne.

Obchodzimy bowiem dzisiaj, w chwale i radości...

Dzień Feministek!

imieniny Achillesa (pozdrówcie wszystkich znajomych Achillesów)!

rocznicę zdobycia Nobla przez Marię Skłodowską-Curie!

no dobra, pierwsze URODZINY BLOGA!

*wiwaty, serpentyny, balony, euforia*


Tak, tak, dokładnie rok temu w Otchłani pojawił się pierwszy post. Aż żal mi na niego patrzeć, taki jest jakiś biedny, mizerny, i w dodatku coś tam chrzanię o recenzjach (złamana obietnica, złamane serce, szczęśliwy umysł, dziwaczne teksty → ciąg przyczynowo-skutkowy). Od tamtej chwili aż do tej wydarzyło się tutaj mnóstwo rzeczy. Przybywali nowi czytelnicy, inni z kolei odchodzili (jedyni rozumni wśród nas). Były wielkie przerwy i wielkie powroty, i cudowne komentarze. Kiedy tak sobie czasem jakiś przeczytam, to aż mi się łezka w oku kręci. wzruszenie publiki; siąkanie Ale nie no, teraz na poważnie. Chciałabym Wam wszystkim bardzo, bardzo podziękować, za każde słówko, a nawet i za brak słówka, ale jakąkolwiek satysfakcję wyniesioną z czytania. Mogłabym powymieniać te wszystkie osoby i ich wypowiedzi... o, na przykład Sia Siaa napisała kiedyś: „Uwielbiam Twojego bloga, czy post krótki, czy przeraźliwie długi, jest super! Tak wiem, cóż za nieoryginalne słowo, poprawiam się: Twój blog jest jak ptak uwolniony z klatki, który po chwili niepewności wznosi się majestatycznie do góry.”. Jest to takie urocze, kochane, słodkie i nie wiem co jeszcze, kiedy piszecie takie rzeczy. Naprawdę. Wszyscy, wszystkie – nieważne! W każdym razie jesteście wspaniali ♥

A co u mnie? Czemu się jakoś tak mało pojawiam? Ano, tak wychodzi. Właściwie sama nie wiem. Trochę brak mi chęci, żeby się zebrać, żeby tak naprawdę przysiąść i w końcu coś wklepać. Ale może się ogarnę i w końcu to zrobię, bo aż żal, że taka pustka w Otchłani. No. A w trawie mi piszczy to, co z boczku, na górze, czyli zdecydowanie Nicuś (no i Leoś, ale Nicuś jednak bardziej – problemy sercowe – bo oni naprawdę istnieją – łaaaa – dobra, za długi ten nawias) i wiolonczela... kocham wiolonczelę. I wiolonczelistów. Kiedyś pewnie napiszę o tym coś więcej, zwłaszcza że podaję się za osobę z „zainteresowaniem instrumentalnym”, czyli że generalnie brzdąkam, co zresztą przecież wiecie. A teraz wiolonczela dołączyła do mojego i mych instrumentów Kółeczka Wzajemnej Adoracji! Yay!

No. Więc wszystkiego najlepszego dla Otchłani i dla wszystkich czytelników! *wspaniałomyślność*

Wasza
zacna multiinstrumentalistka po prostu
czyli Bukwa

wtorek, 21 października 2014

Tagi górą. Lubię tagi. Tagi nie są be.

Hej,

nie mogę otrząsnąć się z nie do końca logicznego wrażenia, że blogosfera przymarła. Jakoś tak mało się dzieje, ale nie mogę narzekać, albowiem sama się paskudnie lenię. A dokładniej lenię się na blogu, a w rzeczywistości... no dobra, w rzeczywistości też :P Nie stoczę się na tyle, by zacząć narzekać na nadmiar nauki. Jestem dżiniasem. Mogę wszystko. BAM.

No więc generalnie co. No, nic. Już parę razy nawet się zbierałam, żeby napisać posta, ale w końcu jakoś chętka mijała. Jednak postanowiłam dać Wam jakiś znak, że żyję. Więc: żyję. Więc a w ogóle to nie zaczyna się zdania od "więc" postanowiłam wykorzystać sprytną nominację od Tutti z tego bloga. Bo tagi to najlepszy sposób na posta! ♣ Znaczek trefla zawsze na miejscu.

Zatem, jak to mówią, show must go on!

1. Wolisz książki papierowe czy e-booki?

Wyznam Wam teraz rzecz, którą nie wiem, czy mam uznać za straszną, czy pocieszającą (dziwny szyk, ale ćśś). Otóż jeszcze nigdy nie miałam w ręku e-booka. Taka ze mnie tradycjonalistka. A tak na serio, to po prostu o tym nie pomyślałam - jestem prostolinijna i niewinna, jak widzicie. Jednak nie widzę książkach elektronicznych nic złego, choć śmiem twierdzić, że nie dorównują takim prawdziwym, papierowym... Tutaj przydałby się obrazek z Wącham Książki... Czekajcie... 

O, ta-dam! Statua Wolności jest z nami!

2. Wolisz czytać w kółko 20 ulubionych książek czy sięgać po nowe pozycje?

Powiem krótko: wolę i to i to. Kocham czytać wszystko, chyba że jest naprawdę beznadziejne. *wspomnienie kilku niegodnych napisania książek* Brr.

3. Wolisz kupować książki w Empiku, w księgarniach internetowych, czy w innych księgarniach takich na miejscu?

Najbardziej chyba lubię księgarnie inne od Empiku, który zazwyczaj obfituje głównie w paranormal romance i obecne hity (no, chyba że te hity są akurat dobre ^^). Tam można znaleźć więcej gatunków, autorów... Nie wiem, jakoś mam takie wrażenie. Księgarnie interentowe, hm... nigdy z nich nie korzystałam nawet - kolejny dowód mojego zacofania... Ech.
 
 4. Wolisz powieści jednotomowe/trylogie/serie wielotomowe?

Wszystko! (Deja vu?) Nie będę się ograniczać, będę kochać cały świat! ♥

 5. Wolisz, żeby wszystkie książki zostały zekranizowane, czy żeby przekształcono je w seriale?

Hm. To chyba zależy od książki. Zazwyczaj jednak ekranizacje i seriale są niewypałami (może oprócz "Koraliny"... no i "Sherlocka", ale to taka wariacja), więc już chyba lepiej, żeby trwały krócej. Więc chyba filmy. Choć w sumie też czasem wychodzą ciekawie.
 
 6. Wolisz być profesjonalnym recenzentem czy autorem?

Próbowałam już recenzji... ee, to chyba czas na autora! Popełnię prowokacyjną tezę, że nie da się być profesjonalnym recenzentem nie mając doświadczenia literackiego i pisarskiego, bo tak naprawdę wtedy najlepiej rozumie się autorów. Brzmi mądrze, nieprawdaż?

No. Jakoś tak chwilowo nie mam serca na dłuższe posty, ale z pewnością niedługo to się zmieni, więc się nie martwcie :3 I ostatni czytelniczy obrazek...
No i życie idealne po prostu jest!
 
Wasza Bukiewka
PS W moje życie wkracza rozpacz: wyjść za Nico czy za Leo? *histeria* Pozdrowienia dla wszystkich herosów - jutro wychodzi "Krew Olimpu" ♥ 

czwartek, 2 października 2014

Tylko czekać na 31 stycznia, czyli przyszła kariera Bukwy i podziemne wynurzenia

Hej!

Dzisiaj ułożyłam sobie życie. Do zastanowienia się nad własną przyszłością skłoniły mnie dwie świeżutkie tróje, które zarobiłam dzisiaj w nagrodę za swą ciężką pracę. I to jedna z dodatkowym minusem. Ech, do czego zmierza ten świat. Bukwy nie docenia. Chociaż z drugiej strony... trója z matmy to w sumie całkiem dobra ocena. Natomiast z historii... Straciłam godność humanisty.
W związku z powyższym moje plany na przyszłość są takie: olać wszystko, pisać więcej wierszy, które po mojej śmierci ludzie znajdą i wykorzystają (znając życie w książce "Przykłady grafomanii XXI wieku"), następnie wziąć się za siebie, zrobić laureata, dalej olewać wszystko, w końcu zrobić doktorat z filozofii/względnie z filologii węgierskiej (tak się mówi?) - w każdym razie z jakiegoś kierunku, który pozwoli mi ostatecznie skończyć pod mostem. Wiecie, będę takim wolnym strzelcem, włóczęgą. No, ewentualnie będę zarabiać grą na ukulele w autobusie, tramwaju lub metrze.
Możliwość 1. (szczęśliwa): w końcu jakiś młody gniewny napisze o mnie artykuł na studia, taki wiecie, artysta, stanę się sławna, okaże się, że jestem jednym z tych zapomnianych, niedocenianych talentów, wszyscy się przejmą i zamieszkam na poddaszu kamieniczki z wielkimi oknami i szorstkim dywanem w kuchni. Pomaluję sobie ściany na biało. Napiszę swój debiut, genialną książkę, za którą od razu przyznają mi Nobla. Za otrzymane honorarium wyjadę do Szwecji i tam zamieszkam, żeby pracować w piekarni. Może założę własną. Będę z słynęła z tych takich pysznych, cynamonowych bułeczek-zawijasków. Mmmm... Lubię Szwecję. Znajdę sobie w końcu męża, adoptujemy bliźniaki, będziemy mieli żółwia i będziemy żyli szczęśliwie, joł.
Możliwość 2. (mniej szczęśliwa): umrę samotna pod mostem, koniec.

Nic dodać, nic ująć, moja kariera jak na razie zapowiada się właśnie tak. Jest co prawda trochę za wcześnie, by już ją planować, ale najlepiej być od małego przygotowanym na wszystko. No bo ja jednak jestem jeszcze mała.

A tak a propos tego metra: czasem jedziesz sobie bezmyślnie w tym ciemnym tunelu, w słuchawkach z jakąś dobrą piosenką. A czasem i bez słuchawek, tylko tak po prostu. Ludzie nie patrzą na siebie. Niektórzy mają książki (pozdrawiam wszystkich podziemnych czytelników ♥), inni wspomniane wyżej słuchawki na uszach. Jeszcze inni gapią się w ekran telefonu, względnie czytnika. Tak jest zazwyczaj, każdy osobno (choć, swoją drogą, często w strasznym tłoku). Ale czasem zdarzają się prawdziwie ciekawi osobnicy, których warto sobie poobserwować (albo motylki wdeptane w podłogę - wyrabia się prawdziwy slang Otchłani!). Na przykład ostatnio. Dziewczyna i chłopak, oboje mogli mieć po kilkanaście lat, ozwała się sędziwa babcia Bukwa. Rozmawiali o szkole, wiecie, o takich normalnych sprawach, nic specjalnego. Nawet nie jak jacyś wielcy przyjaciele. Trochę dalej stało kilku innych chłopaków, którzy przywoływali tego pierwszego, no wiecie, tego co rozmawiał z dziewczyną (to skomplikowane). Ale ten pierwszy chłopak odpowiedział im, że może przyjdzie później, i że o co chodzi, bez pośpiechu. I dalej gadał z dziewczyną. To była pierwsza urocza rzecz, którą zrobił. Wiem, że nie opisałam jej zbyt zgrabnie, ale na blogu piszę tak naturalnie, jakbym mówiła... Właściwie identycznie z tym, jakbym mówiła. Ad rem. Więc rozmawiali sobie we dwoje, ale w końcu on musiał wysiąść. Mógłby powiedzieć "cześć", nie wiem, jakiegoś żółwika przybić, czy coś, ale on ją przytulił. Tak po prostu. Tak po przyjacielsku. Nie wiem dlaczego, ale ten gest mnie rozczulił. Był taki miły. Takie "hej, lubię cię. Jesteś taka fajna". No więc przytulił i wysiadł. Tyle.
Przytulanie jest naprawdę kochane. Można się przytulić na tyle różnych sposobów. Można właśnie tak po przyjacielsku, bezstresowo, to z czasem przychodzi naturalnie. Można z miłości romantycznej, z patrzeniem sobie głęboko w oczy, takie rzeczy, wiecie. Można też przytulić się do kogoś, gdy dzieje się coś złego. Wtedy ten ktoś osłania cię, więc może to on oberwie kulą albo zostanie zmiażdżony przy pomocy kowadła, a ty przeżyjesz, możesz przestać myśleć o tym wszystkim, a swoich zmartwieniach, tylko wypłakać się temu komuś na ramieniu. Przytulenie uspokaja.
O, nawet zajrzałam do Cioci Wiki, i okazało się, że 31 stycznia (i 24 czerwca - ta logika) obchodzimy nawet Międzynarodowy Dzień Przytulania! Nie zapomnijcie wtedy, żeby kogoś przytulić. Internety twierdzą też, że przytulanie "nie tylko wspomaga odporność organizmu, ale również zmniejsza ryzyko chorób serca oraz niweluje objawy stresu". No i co? Aż żal się nie przytulić do kogoś.
Ej, jak przeczytacie tego posta już do końca, to pójdźcie się przytulić do mamy/taty/rodzeństwa/kota/psa/żółwia/listonosza, co właśnie się napatoczył, co? Bo przytulanie pokazuje, że ktoś, kogo przytulamy, jest wart tego, że go przytulamy. Oczywiście można by było też powiedzieć: "jesteś wart tego, by cię przytulić", a wcale nie przytulić, ale to by nie było to samo. Bukwa jest tak mądra jak zakrętka od słoika musztardy.
A więc na koniec wrzucę jeszcze taki obrazek, który absolutnie do niczego nie nawiązuje, ale głosi prawdę życiową. Ta-daa.

Święte słowa!
Tym radosnym akcentem kończę posta i oficjalnie przytulam Was przez monitor
                                                                   Wasza zakrętka od słoika musztardy...



                                                                                ...no dobra, Wasza Bukwa (trzeba się doceniać!) ♥

niedziela, 28 września 2014

Czemu emenemsy nazywają się emenemsy albo historia lubi się powtarzać, czyli głupieć każdy może

Hej!

Muszę przyznać się sama przed sobą, że odkąd mam mojego komputerka ukochanego, misiaczka *mizia laptopa w monitor*, spędzam przed nim całkiem sporo czasu. Różne rzeczy robię, oj, różne, ale w końcu stwierdziłam, że równie dobrze mogę wreszcie napisać posta, skoro i tak pół dnia gapię się na ekran. Tak, wiem, to haniebne. Gapienie się na ekran. Nie pisanie posta.

Ekhem.

Po pierwsze: chciałabym bardzo, bardzo, bardzo podziękować wszystkim osobom, które kiedykolwiek tu weszły, skomentowały czy którym po prostu się spodobało. Kilka dni temu przeczytałam większość komentarzy, które kiedykolwiek napisano w Otchłani i jestem naprawdę... No, wzruszona i rozczulona, wiecie. Łezka w oku :3 Chociaż nie tworzę sobie armii obserwatorów i wielkiego imperium, to mam tutaj swoją, że tak to ujmę, gromadkę, która mogła się wręcz stęsknić (!) za moją pisaniną. Która czekała na mój powrót - tak się przynajmniej deklarujecie, więc wszystkim Wam raz jeszcze dziękuję/thank you/danke/merci/spasiba/etc., etc.! ♥

Po drugie: powolutku, powolutku wkręcam się z powrotem w blogosferę, ale wiecie - przyszła nowa szkoła, nowi ludzie i mnóstwo nowego materiału do nauczenia. Sytuacji nie polepsza fakt, że wśród polskich szkół króluje program zwany "Giń humanisto!". Jeśli moje lekcje matematyki będą przez cały rok wyglądały tak jak teraz, cała wrażliwość i zacięcie literackie zostaną doszczętnie wyssane z mojego mózgu. Szykujcie się na śmierć i niezmiernie porywające posty o pierwiastkach, pasji mego życia. (Brr.)

A po trzecie: pamiętacie jeszcze wzruszającą historię o motylku w metrze, opisaną w tym poście? [UWAGA! Tu zaczyna się wygłup!]
Cóż...

Historia lubi się powtarzać...



Tak, tak, nie mylicie się: co prawda było to już dawno temu, choć nie minęło dużo czasu od przygody z jednym motylkiem. Szłam sobie spokojnie ulicą wraz z Julią, gdy naszym oczom ukazał się ten widok. Dwa motylki. Było to jak przeznaczenie. Jak znak.
Nic nie dzieje się przypadkiem.
Albo kosmici dają mi coś do zrozumienia, albo mafia.
Mafia Mrocznego Motylka.
MMM.
M&M.
...

Łaaaaaa! Boże! Oni w emenemsach przemycają diamenty! To dlatego emenemsy nazywają się "M&M"... Od Mrocznego Motylka. Łomatko.
Błagam Was, nie jedzcie już nigdy emenemsów.
Jeśli kiedyś lecąc samolotem zobaczę trzy motylki przyklejone z boku mojego fotela, to albo zejdę od razu na zawał, albo napiszę sonet trzynastozgłoskowcem ze średniówką w dwanaście sekund.

Także tego. Ten post jest chyba za głupi, by go wstawiać, ale dopiero się wprawiam po przerwie... No, a tak naprawdę to po prostu nie mogłam się powstrzymać by Wam tego nie pokazać. Taka prawda.
A wiecie, co te motylki znaczą? Że skoro jeden symbolizował to, że świat nie jest taki zły, to dwa mówią: świat nie jest taki zły, a wręcz jest całkiem fajny! Oczywiście to trudna kwestia. No, wojny, choroby, te sprawy. Ale na nie niewiele możemy poradzić. Dlatego czasem miło jest dostrzec dwa motylki na chodniku.
(Kurczę, swoją drogą, skąd one się tam wzięły? Chyba były z papieru i tak sobie, o, leżały... bez sensu).
Tak wzruszająco *tłum chlipie*.

Mam nadzieję, że mimo iż opublikuję ich największy sekret, MMM mnie nie znajdzie. Chociaż z drugiej strony... oni już chyba i tak mnie obserwują, skoro podstawiają mi te motylki. Uch.

Wczoraj skończyłam całą serię o Percym Jacksonie, którym chwilowo żyję - nie wiem, jak długo się to utrzyma, ale... na razie tak jest. Może i nie są to książki traktujące o problemach egzystencjalnych i naszej tożsamości w wypranym z emocji świecie/miłości, która wszystko zwycięża, ale i tak kocham Nica di Angelo i nikt mi nie zabroni.

Małe pytanie (a propos tych "książek o problemach", etc., etc.): co możecie mi powiedzieć o powieści Johna Greena "Gwiazd naszych wina" (nawet nie czuję, kiedy rymuję)?

Najserdeczniejsze uściski od Waszej
                                                                  dziwnej
                                                                                   ale co tam
                                                                                                        Bukwy ♥

czwartek, 25 września 2014

Chwała!

Wielkieś ty mi uczynił pustki w blogu moim,
Drogi Internecie, tym zniknieniem swoim.
Choć się starał komputer działać bez problema,
Co i rusz siadam przy nim, patrzę - sieci nie ma.
W innych komputerach wszystko działa jak trzeba
na mój zaś nie działają ni groźby, ni modły do nieba.
Czy to klątwa jest jaka, czy to jaka jest kara?
Jednak ten, co naprawiał, ten się bardzo postarał,
bo oto komputer powrócił, i w gloryi i chwale,
i nadzieję mam tylko, że go znów nie rozwalę.

Tak, tak, to prawda - znużony, utrudzony Kompeus powrócił z pola bitwy. Ekran miał zacięty (w obu tego słowa znaczeniach), ale w końcu zdobył się na rozjaśnienie myśli, nabrał sił, postanowił współpracować i z całej sytuacji wyszedł zwycięsko, chwała mu, i cześć jego chwale, i cześć cześci jego chwały, i generalnie LOL.

Powrócił stary, dobry wygląd bloga z nieśmiertelną galaktyką (otchłań, te sprawy), bo ten stokrotkowo-wiosenny wydał mi się nieco nie na miejscu w obliczu nieubłaganej jesieni. No i wróciłam ja. Tak bonusowo.

Wygląda na to, że słodki czas leserstwa się skończył i trzeba się wziąć za sensowne (no, prawie) posty. Regularnie pisane. Huehue. Ale czy takie zrywy, ale z pasją, nie są lepsze niż szablonowy wpisik co tydzień?

No. To nową erę w dziejach Otchłani uważam za otwartą!

*tadadadadadadadadadadaaaaam!*

♠ Bukwa

sobota, 23 sierpnia 2014

Ach, indżojcie, czyli tyle książek i tyle jedzenia; PS Kocham borówki.

Hej!

Oto żyję. Nadal i nawet całkiem z pasją (jak to na wakacjach!). O moim komputerze natomiast powiedzieć tego nie można, albowiem sieć wciąż jest, że się tak wyrażę, kaputt. Ale przynajmniej mi simsiki czyta - bo ja lubię simsiki, a czo.

Byłam w wielu epickich miejscach, z epickimi ludźmi i epickimi książkami - poszerzyłam swój wewnętrzny księgozbiór między innymi o Władcę much (NIESAMOWITE), Buszującego w zbożuThe Adventure of Christmas Pudding Christie w oryginale, Makbeta (oj tak) i Lato Tove Jansson (9 sierpnia była setna rocznica jej urodzin ♥). No i znalazłam na półce jej kolejną książkę, Kamienne pole, urocze stare wydanie, ale przyjemność chyba zostawię sobie na rok szkolny. Widzicie, jak umiem gospodarować?

Ponadto zafascynowł mnie kolejny szczegół naszej rzeczywistości, a najlepsze, że sprawiający wrażenie mało rzeczywistego (choć jest taki z całą pewnością). Mowa o sztuce iluzji. Uwagę mą zwróciła ona podczas dosyć nudnego dnia spędzonego w całości w samochodzie, kiedy to stwierdziłam, że układanie pasjansa w tych warunkach może być niezbyt efektowne. Wobec czego na prędce wymyśliłam sztuczkę karcianą *powalająca kreatywność*, z początku, rzecz jasna mocno naiwną, ale po wielokrotnym udoskonalaniu już tylko trochę. W każdym razie młoda osoba w wieku szkolnym, z którą (między innymi) podróżowałam, była zachwycona i z podziwu wyjść nie mogła.
 W związku  z powyższym, gdy tylko dotarliśmy do celu, za pomocą internetu (nasze dobre czasy) nauczyłam się naprędce dwóch kolejnych sztuczek karcianych i jednej iluzjonistycznej (czas ćwiczyć). Zamierzam zbiór ten powiększać dalej w miarę swych skromnych możliwości.

Do pierwszego września nie pozostał już niestety szmat czasu. Co robić, że tak powiem. Czeka mnie jeszcze tylko krótki wyjazd, a potem - cóż, szkoła. Ale jestem dosyć podekscytowana, bo nie zamierzam odrzucać możliwości, że będzie super, na co swoją drogą raczej się zanosi ^^

Co robiłam, kiedy do Was nie pisałam?
♥ myłam się rzadziej niż chłopcy
♥ ostrzyłam lagi
♥ pilnowałam flagi
♥ rymowałam dla odmiany
♥ płynęłam po jeziorze starą Omegą w czasie czterech/pięciu punktów w skali Beauforta
♥ mieszkałam na Kristianinkatu
♥ budowałam Empire State Building. No dobra, z lego
♥ JADŁAM. Dużo.

Powalają mnie te długie zdania i nadmiar nawiasów, ale ujdzie, bo chyba nie szkodzi.

Jak wiecie, z mego własnego komputera nadal pisać nie mogę, zmieni się to być może niedługo, ale na razie nie oczekujcie regularnych postów (w sumie, czy one kiedykolwiek były regularne?).

Wasza po wieki
Bukwa

niedziela, 22 czerwca 2014

Ważna informacja!

Mój komputer się wyemnacypował i odmawia współpracy. Nie wiem, kiedy go zdołam naprawić (to piszę z innego). Przez cały lipiec nie napiszę na 100%. Może jeszcze wcześniej się uda. A jak nie... no, to później.
Dacie radę, mam nadzieję - ściskam <3
B.

piątek, 6 czerwca 2014

Masło, Wunderkind, borówki i Huck, czyli ile może się zmieścić w skandalicznie krótkim poście

Hej!


Myśl na dzisiaj: jeśli  będziesz sobie spokojnie wracać ze sklepu do domu z masłem w kieszeni, i jeśli wówczas nieoczekiwanie napadnie Cię jakiś bandyta i zażąda Twojej, powiedzmy, komórki, zacznie się z Tobą szarpać, każe opróżnić kieszenie, i wtedy Ty je faktycznie opróżnisz, a on, zamiast luksuśnego ajfona, ujrzy po prostu MASŁO.


Nie ma to jak improwizacja.


Drodzy moi, mam wieść: otóż postanowiłam zostać najmłodszym w historii tłumaczem uproszczonej wersji książki Oscara Wilde'a, w interpretacji Johna Escotta, z ilustracjami Summer Durantz, pod wzniosłym tytułem "Duch Canterville", w oryginale "The Canterville Ghost"!


Pod wrażeniem?


Rzecz jasna, "Duch" doczekał się już przekładu, i to nie raz, lecz! ja zamierzam popełnić go dla własnej swej przyjemności i satysfakcji. Zapewne będę najmłodsza w gronie osób, które kiedykolwiek tego dokonały, więc jestem przepełniona dumą. Właściwie jeszcze nie zaczęłam, ale cóż. Zastanawiam się, ile mam według Was lat? Jak to szacujecie? Zabawnie będzie tak dowiedzieć się tego. Śmieszna sprawa.


Ej no żal, bez tych obrazków nie mogę Wam nawet opowiedzieć o tym, że historia lubi się powtarzać czy o tym, że świat nie jest taki zły.


Ale za to mam w domu borówki! Najlepsze (no, może prócz czereśni... względnie malin, truskawek, jabłek, POZIOMEK!, jagód, pomelo oraz mandarynek) owoce na świecie! Bananów nie lubię.


Ostatnimi czasy powróciłam na Jeżyce, tj. do lektury książek Musierowicz, i nadal ciężko mi jest wyrobić sobie stałą opinię na ich temat. Cóż. Ale czasem warto poczytać sobie takie książki, no wiecie, z miłością wśród młodzieży (piszę niczym stary grzyb), (tu powinien być obrazek), (starego grzyba, dla jasności). Zwłaszcza, że realni bohaterowie mnie nie chcą, więc muszę się zakochiwać w fikcyjnych.


Wybaczcie mi więc skandaliczną długość (krótkość? Można tak powiedzieć?) tego posta. Idę na spacer z Huckiem Finnem.


Wasza
przyszła tłumaczka - Wunderkind
B.

sobota, 24 maja 2014

Popękana, spieczona skórka kiełbasy z grilla, czyli improwizując też można jednak pisać

Hej!
Ostatni post, ten, w którym byłam zdołowana, nie został przyjęty zbyt entuzjastycznie (hmmm...), co ostatecznie mogę zaakceptować. Łaskawie. Ale no, kurza stopa, też muszę czasem się zmartwić. Czasem. Ba.
Ale do rzeczy, do rzeczy!
No więc muszę Was powiadomić o dwóch strasznych rzeczach. Którą chcecie usłyszeć przeczytać najpierw?
No to robimy ankietkę, o tu, z boczku! Dalejże!
Właźcie, właźcie.

wtorek, 20 maja 2014

Czy wy też...

... umiecie tak głośno ze sobą nie rozmawiać?

Wciąż się kłócę.
Właściwie, to wszyscy ludzie wciąż się kłócą.
Prowadzą ze sobą bezsensowne wojny, przez które tylko giną inni. Winni inni też. Ale głównie ci niewinni.
Bez przerwy trwa niekończący się łańcuch frustracji.




♠ ♠ ♠




Blog - zaniedbany.
Pogoda - gorooooooooooooooonc.
Ja - jeszcze żyję.




Jutro nie będę taka ponura.




Ostatecznie, jak mogę być ponura przy takim słońcu? ^○-○^ Kot w okularach. A co.


I tak bardzo artystyczna benzyna na deser.

Wasza
Bukwa
forever

No oj, no gorąco mi i zmęczona jestem, i tyle. Nic się nie dzieje.