wtorek, 31 grudnia 2013

Słowo się rzekło, 2014 u płota. Chyba nie rozumiem właściwego znaczenia tego przysłowia. Ale niech będzie.

Hej!

Z okazji końca roku blogerzy i blogerki opisują swoje postanowienia noworoczne, wspominają sukcesy z 2013 albo ewentualnie zaklinają się, że nie mają żadnych postanowień.

Ja jednak (wrodzony minimalizm) ograniczam się dzisiaj do napisania tylko kilku słów:

Szczęśliwego Nowego Roku, szalonego Sylwestra, wytrwałości i generalnie dobrej zabawy w 2014!


Wasza Bukwa

sobota, 28 grudnia 2013

Recenzja książki "Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa" pióra Johna Boyne'a

"Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa" pióra Johna Boyne'a

Alistair i Eleanor Brocketowie to para w stu procentach normalnych notariuszy, mieszkających w całkiem normalnym mieście Sydney - znanym również jako najwspanialsze miasto świata - z dwójką całkiem normalnych dzieci - Henrym i Melanie. No i jednym całkiem nienormalnym. Cokolwiek to znaczy. 
 Barnaby Brocket to jedyny chłopiec na świecie niepodlegający prawu grawitacji. Gdy tylko się urodził, natychmiast uniósł się pod sufit szpitalnej sali, wzbudzając konsternację wśród lekarzy i całkowite przerażenie Eleanor. Pani Brocket bowiem nienawidziła z całego serca nienormalnych rzeczy - czy to ludzi, czy to zdarzeń, czy też, dajmy na to, kart dań w restauracjach - w związku z czym od razu poczuła do nowo narodzonego syna olbrzymią niechęć. Jak, na miłość boską, pokazać się z nim sąsiadom?! 
 Tak więc Barnaby, wbrew tytułowi, wcale nie miał takiego łatwego życia. Przebywał głównie w salonie, gdzie umocowano mu na suficie materac, największą sympatię odczuwając do psa imieniem Kapitan W.E. Johns. Eleanor i Alistairowi porządny dylemat sprawił również wybór szkoły dla syna - w końcu trafiło na Szorstką Akademię dla Niechcianych Dzieci. No, w każdym razie Barnaby'emu na pewno nie było lekko. 
 Któregoś dnia miarka się przebiera - o Barnabym dowiedziały się gazety. Eleanor i Alistair, zdesperowani, usiłując uchronić reputację - "co ludzie powiedzą, na pewno pomyślą, że my tu wszyscy latamy!" - decydują się na pewien okropny czyn, z powodu którego Barnaby wyrusza w daleką podróż. Usiłując wrócić do domu odwiedza Amerykę, Australię, a nawet orbitę okołoziemską, gdzie spotyka osoby, które udowodnią mu, że nie on jeden jest "inny".
 Nie spotkałam się wcześniej z Johnem Boynem, autorem "Chłopca w pasiastej piżamie" (oglądałam film, ale książki nie czytałam) i muszę przyznać, że zrobił na mnie duże wrażenie. Jego książka, okraszona szczyptą absurdu, przekazuje czytelnikowi kilka ważnych wiadomości i jest naprawdę dobra.
 Czy to, co my uważamy za dziwne, dla innych może należeć do normy? Czy "normalność" nie jest pojęciem względnym, dla każdego znaczącym coś innego? No i czy potępianie tych "innych" ma jakikolwiek sens, skoro prowadzi jedynie do sporów, a nawet wojen?
 Barnaby spotyka wiele osób, odrzuconych przez ich rodziny z różnych powodów - zakazanej miłości, odmiennych aspiracji czy po prostu "dziwnego" wyglądu  i zachowania, a sam zastanawia się nad swoją tożsamością. Dlaczego się unosi? Czemu rodzicom się to nie podoba? Co by się stało, gdyby przestał - czy nadal byłby taki sam? Czy to w ogóle możliwe.
 Nagromadzenie pytań retorycznych mówi samo za siebie - ta książka daje do myślenia. 
 Jedyne zastrzeżenie mam do tłumaczki, która wyznaje jakieś dziwne poglądy dotyczące odmiany imienia Vincente, a raczej  braku owej odmiany. Jak powszechnie wiadomo, mówi się i pisze z tym Vincentem, bez tego Vincente'a i tak dalej, a nie z tym Vincente i bez tego Vincente. Tak mi się przynajmniej wydaje, w każdym razie strasznie mnie to raziło. Na szczęście wyżej wymieniony Vincente jest postacią epizodyczną...
 Do rzeczy: książka jest warta przeczytania i polecenia. Jeżeli lubicie takie trzystustronicowe opowiastki, sięgajcie śmiało.

Autor: John Boyne
Tytuł: "Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa"
Tytuł oryginalny, czyli w tym przypadku według mnie lepszy: "The Terrible Thing That Happend To Barnaby Brocket"
Ilość stron: 303; książka z ilustracjami, swoją drogą bardzo ładnymi

Uff, recenzja jest.
Hej!

Wasza Bukwa

PS Lubicie karczochy?
 

środa, 25 grudnia 2013

Nie ma to jak post życzeniowo-świąteczny.

Hej!

Nadeszły Święta,
ukryć się nie da
 - rozjaśnią oblicze
każdego zgreda.

Barszcz i pierogi,
rodziny gromadka:
ciotka, pociotek,
ojciec i matka.

Wszystko to w jednym
zasiadło gronie;
śmiechy, rumieńce,
splecione dłonie.


Z okazji świąt życzę Ci [tu wstaw to, czego najbardziej potrzebujesz] oraz, bonusowo, umiejętności cieszenia się z małych rzeczy i siły na nadchodzący rok.

Bukwa


poniedziałek, 23 grudnia 2013

Oto, co brak nowych książek robi z człowiekiem, czyli powrót Nowych Metod Żenowania!

 Hej!
 No więc dziś wigilia Wigilii. Wielkimi krokami zbliżają się ciepłe życzenia, migoczące lampki, barszczyk z uszkami i narodziny Jezusa.
 Święta Bożego Narodzenia. Jak powszechnie wiadomo, obfitują one nie tylko w wymienione wyżej przyjemności, ale i w zjawiska muzyczne znane jako kolędy. Bukwa, której testowanie swoich umiejętności wszelakich przypadło do gustu, stwierdziła, że tym razem, wykorzystując melodię "Wśród nocnej ciszy", pokaże co potrafi za pomocą klawiszy. Rymy wszechobecne są w jej mowie. Hej.
 Czyli w skrócie: nowe metody żenowania powracają!
 Jako że jestem początkująca, coś mi się schachmęciło pod koniec w lewej ręce, ale nie można mieć wszystkiego. 
 Ta-daa!  


video 

  Jeszcze kilka spraw.
 En: co do poprzednich metod żenowania - koniec grudnia jest, ale nie śnieżnego, a nadal jesiennego! Wobec tego wszystkich, którzy chcą wnieść skargę o rozpowszechnianie błędnej propagandy (to takie mądre słowo!), serdecznie przepraszam.
 Två: szukam miłej istoty skłonnej zrobić mi ładny nagłówek za cenę dozgonnej wdzięczności.
 Tre: jestem przeszczęśliwa, albowiem średnio pod moimi postami ostatecznie ląduje około pięciu komentarzy! A dla mnie to dużo. Dlatego wszystkim czytającym i komentującym składam hołd! Dziękuję!
 Fyra: na wszelki wypadek życzę wszystkim wesołych świąt, choć pewnie jutro też coś napiszę - jakieś dłuższe życzenia.
 Fem: to jest Otchłań Internetu, więc nigdy nie wiadomo czego się spodziewać - recenzji (co ich w sumie nie ma), nowych metod - powinnam chyba zacząć to pisać wielką literą - a więc: Nowych Metod, czy dziwnych postów jednozdaniowych, takich jak poprzedni. Cóż mówić? Przyzwyczaić się trzeba :>
 Sex: kocham liczyć po szwedzku. Może ktoś zauważył.
 Sju: mam kolejny powód do radości - wygrana w losowaniu na blogu Julii :D
 Åtta: gracie na pianinie/bałałajce/dudach/czymś? Ja oprócz klawiszy rzępolę na gitarze i harmonijce ustnej. 
 
 
Pozdrawiam Was przedwigilijnie, ale równie ciepło
 Bukwa

piątek, 20 grudnia 2013

Zobaczymy, co powiecie.

 Wszystko jest na swoim miejscu.




 Bukwa







PS Przykładowe komentarze:
Anonim: no, ale się wysiliłaś!
Inny anonim: żal
Prosimy nie korzystać z powyższych szablonów.

sobota, 14 grudnia 2013

"Śnieg" w wołaczu brzmi dziwnie, czyli nowe metody żenowania

Hej!
Powracam po kolejnym tygodniowym niepisaniu - tym razem z bazgrołem, który ambitny nie jest pod żadnym względem. Kontynuując tradycję z mego jakże dawno prowadzonego bloga onetowego, czyli na blog.pl, stworzyłam P. D. P., tj. Prymitywne Dzieło Paintowe. Tak, tak, tak, bazgroł zrobiony najpierw na kartce, a potem przerobiony (ha!) w Paincie. Bukwa rozwija swe umiejętności plastyczne, testując nowe metody żenowania wszystkich oglądających efekty jej twórczości.


Niedawno śnieg co prawda padał, ale zdążył stopnieć w przeciągu kilku dni. Pożądam go namiętnie, by następnie zacząć na niego narzekać.
Podczas rysowania tego komiksu odkryłam, że jestem człowiekiem pozbawionym harmonii, a pełnym sprzeczności, co podobno jest właściwością wieku dorastania.
No. Swoje odwaliłam, bazgroł zrobiłam (sic!), posta napisałam, i bardzo, bardzo, bardzo dziękuję za wszystkie Wasze komentarze!
Postaram się pisać częściej (haha). Jest to dobry plan, jak mniemam.

Wasza Bukwa

PS Czytam ostatnio li i jedynie lektury w ramach olimpiady, więc z recenzjami krucho...
PPS Nie śmiejcie się z mojego P.D.P., co? Coś muszę, kurza stopa, na tym blogu przecież robić! :>


B.


sobota, 7 grudnia 2013

Lęk przed dobrocią?

Hej!
Wybaczcie brak recenzji, indżojcie wpis bardziej... życiowy.

 Ostatnio zastanawia mnie jedna rzecz: wymieniony w tytule lęk przed dobrocią, a konkretniej przed drobną pomocą jak - na przykład -  ustąpienie miejsca w autobusie. No bo ileż niezręczności wiąże się z pytaniem: "Czy nie chciałaby pan/chciałaby pani usiąść?" Może się przecież okazać, że osoba pytana może poczuć się urażona i zareagować nieprzyjemnie. Zresztą żadna z osób - pytająca i pytana - nie czuje się zazwyczaj zbyt swobodnie. Dlaczego? I dlaczego wstydzimy się pomagać? Dlaczego nie zawsze przychodzi nam do głowy, by wziąć siaty z zakupami od nieznajomej sąsiadki, a jeśli już przychodzi, czemu nie mamy odwagi?

 Boimy się odtrącenia?

 Ludzie odnoszą się do obcych zazwyczaj chłodno. Fajnie by było, gdyby było inaczej (zdanie, które nic nie wnosi do treści - przyp. aut.). Zwłaszcza teraz, kiedy powoli wkraczamy w okres świąteczny i kiedy trąbi się o pomocy, szlachetności (i obniżce cen bombek).



 Zalatuje ponurością, ale chyba trochę - tylko trochę! - o to chodziło...

 Tak więc dzisiaj jedynie minitemacik do zastanowienia się... Ach, to lenistwo...

 Czy ktoś z Was znalazł się kiedyś w sytuacji, że odmówiono mu przyjęcia pomocy? No i oczywiście: czy cieszycie się ze śniegu? :>

Wasza Bukwa

niedziela, 1 grudnia 2013

Nierecenzyjnie = bez sensu, nie czytać, jak się nie lubi braku konkretów a nadmiaru korniszonów.

Witajcie!

Jako że wczoraj była recenzja książki określonej trafnie przez Loui ("głębokie toto"), czas na coś krótszego (o ile coś w ogóle może być krótsze niż moje amatorskie recenzje) i przyjemniejszego. Chodzi o słowa. Słowa są cudne. Kocham słowa i zabawy słowne, wszelkie homonimy, rymy, etymologie i tak dalej. Osoby niezdolne do zrozumienia głupawek wszelkiej maści proszone są o opuszczenie sali.

kanapka z szynką
kanapa z szyną
 * * *

szybka szybka
oj szybka ta szybka

 * * *

pokorn
     korniszon
  na karniszu 

 * * *

rajstopy
raj-stopy
a jeśli gryzące rajstopy to nazwa traci sens i co?

 * * *

zmierzyć się i ważyć
zwierzyć się i marzyć

Słowa mnie fascynują. Jak już wspomniałam w pierwszym poście, do moich ulubionych należą: (patrz: "Show must go on, czyli nie ma to jak pierwszy post!"), i to są właśnie te, które mnie śmieszą. Ale oprócz tego, że bawią, słowa są po prostu pasjonujące. Na przykład wyraz "szorstkie" od razu kojarzy się z czymś chropowatym, bo sam jest chropowaty. A może to znane nam znaczenie tak wpływa na "odczuwanie" tego słowa?

Tak. Od czasu do czasu potrzebuję takich dziwnych postów, które nie mają większego przekazu, ale są zabawą i tyle. Indżojcie! (xD)

Jakie są Wasze ulubione słowa? A może w ogóle Was nie obchodzą, w końcu to tylko zlepki głosek, których używamy do komunikacji, nie ma co się nimi podniecać?

Wasza chrzęszcząca, szczękająca, szczerząca się* 
    Bukwa

*cudne słowa, które także brzmią jak ich znaczenie. 


 
Profesor Bralczyk mym mistrzem!
B. 

sobota, 30 listopada 2013

"Książka wszystkich rzeczy" pióra Guusa Kuijera (nie ma to jak holenderskie książki)

Hej!
Po prostu świetnie, zaniedbuję bloga już w pierwszych tygodniach, ciekawe co będzie za miesiąc, jeżeli uda mi się dotrwać. Oby :>


"Książka wszystkich rzeczy" - Guus Kuijer

Thomas nie jest taki, jak inni chłopcy. Widzi więcej. I więcej słyszy. Jednak nawet kochana mama nie wierzy w jego niezwykłe opowieści. To dlatego Thomas pisze Książkę wszystkich rzeczy, w której opowiada o wszystkim, co się działo (zaznaczam: narracja jest trzecioosobowa). Na przykład o tym, jak tata bije mamę. Tata to bardzo pobożny i bogobojny człowiek, więc trzeba się go słuchać. Inaczej można oberwać warząchwią. Thomas często obrywa. I choć nienawidzi Boga, którego tak kocha ojciec, czasem gawędzi sobie z Jezusem. Otuchy dodaje mu też czarownica z naprzeciwka i skórzanonoga Eliza.
 Ta książka wywarła na mnie bardzo silne wrażenie. Brutalny, ale tak naprawdę złamany ojciec, który bicie żony i syna uważa za dobry uczynek, albowiem są oni zarozumiałymi grzesznikami. Matka, która na nic nie ma odwagi. Pozornie głupiutka siostra Thomasa, Margot, której oczy błyszczą na widok ostrego noża, i wreszcie sam Thomas. Toksyczna rodzina.
 Ojciec był straszny. Naprawdę. Jego postać mnie zgniotła. I nawet nie chodzi o to, że jakoś strasznie ich tam torturował czy coś. Po prostu to, co nim kierowało, mnie przeraża. Tyran i w dodatku fanatyk, który nie rozumie idei chrześcijaństwa (i żadnej innej religii).
 Ojciec czyta historię plag egipskich, fragment o zamianie wody Nilu w krew. Następnego dnia woda w akwarium przybiera barwę czerwieni.
 Tej książki nie czyta się przyjemnie. Tematyka - patologia i fanatyzm religijny - jest dość trudna, zwłaszcza w połączeniu z nierealnymi elementami (na przykład kolejna plaga - żaby, które widział tylko Thomas). Ale mimo to warto przeczytać "Książkę wszystkich rzeczy", która zawiera w sobie... no właśnie, mnóstwo rzeczy: ważny problem, historię widzianą oczami małego chłopca, ale i - pomimo głównego, depresjogennego wątku - dużo humoru.
 Bohaterowie. Cóż, to jest książka z tych, gdzie bohaterowie tak naprawdę nie są tacy ważni, ponieważ autor nie musi skupiać się na kreowaniu ich wiarygodności - fabuła robi swoje. Czytając, nie zwracałam uwagi na to, czy bohater był przekonujący. Bo on po prostu był i już. Każdy inny. Najbardziej do gustu przypadł mi Jezus, który został przedstawiony "po ludzku", na luzie, że się tak wyrażę. Uważam, że historie religijne, mówiące o wierze, powinny być naturalne, takie, żeby naprawdę dało się je polubić, dlatego cenię ten pomysł (na tej samej zasadzie podobał mi się "Oskar i pani Róża").
 Podsumowując: książkę Guusa Kuijera trudno ocenić, bo nieczęsto spotyka się jakąś do niej podobną. Jest krótka, przeczytałam ją w jakąś godzinę, siedząc w restauracji, ale wyniosłam z niej mnóstwo wrażeń. I myślę, że nadaje się nie tylko dla wierzących.

 A więc kończy się listopad (A w radiu już leci "Last Christmas" xD)... Jak Wam minął? Ja chcę śniegu...

Obiecująca podniesienie częstotliwości pojawiania się postów,
Wasza Bukwa

sobota, 23 listopada 2013

Recenzja książki "Pozaświatowcy" - B. Mull

 Hej!
 Nareszcie się zebrałam i napisałam recenzję. Fantastyka. Hurra. 

"Pozaświatowcy" pióra Brandona Mulla

 Jason to zwykły (a jakże!) chłopak z Kolorado. Gra w baseball, ma psa imieniem Cień, w przyszłości planuje pójść w ślady ojca i zostać dentystą. Żyje sobie z dnia na dzień, ale jak to zwykle w fantastyce bywa, jego niczym dotąd niezakłócana, spokojna i nieco nudna egzystencja zostaje przerwana przez dziwne zdarzenie. Chodzi tu mianowicie o przejście do innego świata. Nieco nietypową drogą (bez spoilerów) chłopak dostaje się do Lyrianu i jest świadkiem samobójstwa ośmiorga ludzi, którzy rzucili się z wodospadu. Zdezorientowany i przerażony Jason wkrótce poznaje powód ich desperacji - Lyrian rządzony jest przez sprytnego i bezwzględnego czarnoksiężnika Maldora. Jednak naszemu bohaterowi udaje się poznać sekret, który zniszczy złego władcę - jest nim Słowo, które zbierać należy sylaba po sylabie, a następnie wypowiedzieć w obecności Maldora. Nie można go zapisać. Nie można go nikomu powiedzieć. Inaczej wyparuje z głowy. Jason i Rachel - lekko zarozumiała dziewczyna podobnie jak on ściągnięta do Lyrianu - wyruszają w podróż, by odnaleźć Słowo.
 Wyobraźnia Mulla jest niesamowita. Co prawda, pomysł z równoległą rzeczywistością i złym władcą nie należy do najoryginalniejszych, ale już motyw szukania Słowa mi się podoba. Jednak mówiąc o niesamowitej wyobraźni miałam na myśli bardziej sam świat przedstawiony. Mull wymyśla nowe owoce, warzywa, grzyby, zwierzęta, a także nowe rasy i, oczywiście, imiona. Cała książka obfituje w barwne opisy tego innego świata, który rzeczywiście różni się od naszego, mimo iż mówi się tam po angielsku (?)
 Na swojej drodze Jason i Rachel spotykają licznych przyjaciół i wrogów. Jest też mój ulubiony motyw, czyli zdrada. Czego chcieć więcej? Prosty język książki i wartka akcja sprawiają, że czyta się ją szybko i przyjemnie, a przygody Pozaświatowców wciągają. (Ja co prawda najpierw przeczytałam jakąś połowę książki, by powrócić do niej po jakimś czasie, ale nie było to powodowane nudą.) Jeżeli chodzi o bohaterów... cóż, są w porządku, czasem miewałam jednak wrażenie, że postacie drugoplanowe są mniej więcej takie same, uważam też, że mimo wszystko i o głównych chciałabym się jeszcze czegoś więcej dowiedzieć. Na szczęście niezwykła różnorodność przedmiotów, miejsc czy nawet dań zrekompensowała tę stratę.
 Komuś, kto lubi fantastykę i przygodę, mogę ze spokojnym sumieniem polecić książkę pana Mulla jako urozmaicenie i umilenie dnia.
 (Wybaczcie, że recenzja krótka, ale może to i lepiej? I ważne, że w ogóle jest :>)

 


Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję wszystkim, którzy dotychczas zostawili po sobie komentarz i/lub zaobserwowali! Niech moc będzie z Wami i niech los zawsze Wam sprzyja! <3

Bukwa 
 

 

czwartek, 21 listopada 2013

Desperacka próba napisania czegoś ciekawego na blogu, z której nic nie wychodzi, czyli jak listopad działa na Bukwę.

Za mało piszę.
Za mało czytam.
Za mało rysuję.
Co ja, kurza stopa, robię przez ten cały czas?

***

Od ostatniego posta minął już prawie tydzień, a ja nic nie napisałam. Stwierdziłam, że muszę to zmienić. W efekcie powstało to. Czyli miniwpis.

***

Listopad chyli się ku końcowi, tymczasem śniegu brak.

Co myśli normalny człowiek: no to co, to chyba nawet lepiej, c'nie?

Co myśli Bukwa: o jeżu, śniegu jeszcze nie ma, a w tamtym roku to był ~ ratunku ~ globalne ocieplanie ~ dziura ozonowa ~ Słońce wybuchnie ~ nastąpi koniec świata, ratunku, pomocy.

Gdzie w tym sens?


W sumie, tego miniwpisu nie trzeba było czytać. Wystarczy przesłanie (banalne, ale na nic innego mnie nie stać), tj.: irracjonalny lęk i histeria utrudnia życie. Więc trzeba umieć wziąć się w garść i oświadczyć, że niech się dzieje, co się ma dziać. I tyle. Inaczej skończycie jak Bukwa *powiało grozą*

Możliwe, że mój dziwny nastrój jest związany z jesienią (i nauką...). Też tak czasem macie? Boicie się czegoś, na co i tak nie macie wpływu lub czegoś bezsensownego?

Pozdrawia Was
histeryczna  lękliwa  pozbawiona weny  znudzona  zmęczona  Wasza Bukwa

I nie martwcie się - więcej ględzenia nie będzie, zbiorę się i napiszę jakąś recenzję. Czy coś.

Ej no, co to za wpis ma być w ogóle, jakiś taki nie ten teges!

B.





piątek, 15 listopada 2013

Pannie Quatermourning wypadł z kanapki plasterek ogórka, czyli Gorey najlepszy na jesienną chandrę

Witajcie!

Strasznie przepraszam, że nie pisałam już dość długo - nauka zabiera mi czas i nie pozwala skupić się na czytaniu tych książek, które chciałabym przeczytać. O rysowaniu czegokolwiek nie wspomnę.
No ale nie ma tak dobrze - blog zobowiązuje :] Tak więc dzisiaj przedstawiam Wam recenzję książki (właściwie zbioru opowiadań)...

*fanfary*

"Pamiętna wizyta i inne utwory" Edwarda Goreya!

*tłum szaleje*

"Pamiętna wizyta" to tak naprawdę coś w stylu historii obrazkowej. Jeden obrazek i jedno zdanie na jednej stronie. Proste, do przejrzenia w kilka minut. Ale jest to kilka minut świetnej lektury, jeśli mogę to tak nazwać.
Zacznijmy od informacji. Zbiorek zawiera kilka opowiadań: "Nieszczęsne dziecię" - parodię literatury dla panienek, czyli tragiczną historię pewnej dziewczynki o wdzięcznym imieniu Charlotte Sophia, "Pamiętną wizytę" - niby spokojną historyjkę o wizycie Drusilli u pana Crague (który nie miał skarpetek), ale po Goreyu można spodziewać się wszystkiego, "Pozłacanego nietoperza" - opowieść o karierze baletnicy imieniem Maudie, "Tamten posąg" - zawierający splątane fakty dotyczące morderstwa lorda Wherewithala (to stamtąd pochodzi zdanie: "Pannie Quatermourning, stojącej przy bufecie, wypadł z kanapki plasterek ogórka."), z których nic nie wynika - "Błękitny auszpik" opowiadający o szaleństwie wielkiego wielbiciela pewnej śpiewaczki operowej oraz "Retoryczny rower", absurdalną historyjkę o podróży dwójki rodzeństwa na tajemniczym rowerze. Każde z opowiadań pełne jest groteski i charakterystycznego (czarnego?) humoru. Ale oprócz treści spodobały mi się również ilustracje - czarno-białe, kojarzące mi się nieco ze stylem gotyckim (co na pewno jest złym skojarzeniem, o ile można tak powiedzieć). Mimo że "Pamiętną wizytę..." czyta się szybko - w końcu to praktycznie jedynie przeglądanie tego krótkiego zbiorku - dostarcza ona wiele okazji do uśmiechu, na przykład z powodu stodoły, w której było tak ciemno, że aż nic nie było słychać.

Cóż, ponieważ krótka jest książka, to i recenzja jest krótka, ale mam nadzieję, że skuteczna i że nabierzecie apetytu na Goreya.





I przy okazji: naprawdę dziękuję za wszystkie dotychczasowe komentarze :3

Wasza Bukwa

piątek, 8 listopada 2013

"Igrzyska śmierci" (trylogia) pióra Suzanne Collins + bazgroł niewymagający niczego + epicka piosenka

Hej!

Na dziś mam obiecaną w pierwszym recenzję "Igrzysk śmierci", z dodatkowym bazgrołem z nimi związanym i klimatyczną muzyczką na deser :D A więc bez zbędnych wstępów:

"Igrzyska śmierci" pióra Suzanne Collins - recenzja cyklu

 Przyszłość. Na ruinach Ameryki Północnej znajduje się totalitarne państwo Panem ze stolicą w Kapitolu. Kapitol otoczony jest dwunastoma dystryktami, z których każdy odpowiedzialny jest za coś innego, np. za wydobycie i dowóz węgla, za dostarczanie żywności etc. Kiedyś dystryktów było trzynaście - jednak po buncie wznieconym przeciw Kapitolowi, Trzynastkę starto w proch. Na pamiątkę tych wydarzeń co roku odbywają się Głodowe Igrzyska - nieludzkie show telewizyjne, w którym dwudziestu czterech nastolatków między dwunastym a osiemnastym rokiem życia (dwoje na dystrykt), zwanych trybutami, zmuszonych jest to walki ze sobą. Żywy może pozostać tylko jeden.
 Główną bohaterką powieści jest szesnastoletnia Katniss Everdeen, mieszkanka Dwunastego Dystryktu. Odważna, zdeterminowana, trochę mrukliwa. Po śmierci ojca musi opiekować się chorą na depresję matką i dwunastoletnią siostrą Prim, dla której zrobiłaby wszystko. Jest więc naturalne, że kiedy Prim zostaje wylosowana na trybuta, Katniss zajmuje jej miejsce.
 Główne postaci mają to do siebie, że zazwyczaj są denerwujące, ja to tak przynajmniej odczuwam. Wkurzał mnie Harry Potter ("Zakon feniksa"... *zgrzyta zębami*), wkurzali mnie bohaterowie różnych cieńszych czytadeł na jeden wieczór, ale Katniss, o dziwo, wcale. Była w porządku - naturalna, i co najważniejsze, miała wady, a dzięki narracji pierwszoosobowej łatwo mi było wczuć się w jej uczucia.
 W książce pojawia się wątek miłosny (a jakże), ale - nie przeczę - jest on potrzebny do rozwoju fabuły. No bo w końcu Katniss mogłaby sobie jeszcze jakoś poradzić na Igrzyskach, jeśli nie znałaby drugiego trybuta. Tyle że, na jej nieszczęście, jest jeszcze gorzej - Peeta Mellark, rówieśnik Katniss, choć nigdy nie rozmawiali, kiedyś pomógł jej w trudnej sytuacji. A ona będzie musiała go zabić, a przynajmniej sama tak myśli. Dla czytelnika jest oczywiście jasne, że Katniss i Peeta muszą przeżyć Igrzyska. Ale jak tego dokonają, skoro zwycięzca może być jeden? No właśnie.
 Jednak istnieje jeszcze jeden chłopak, który jest dla Katniss ważny - jej najlepszy przyjaciel i towarzysz nielegalnych polowań, Gale. Ona sama zresztą nie wie, którego kocha i czy któregoś w ogóle. I dobrze.
 Pierwsza część trylogii - "Igrzyska Śmierci" -  opowiada o przebiegu Głodowych Igrzysk, o dziwnym, groteskowym świecie Kapitolu i jego okrucieństwie. Część druga - "W pierścieniu ognia" jest już początkiem buntu, którego twarzą nagle staje się Katniss, a ostatnia z trzech książek - "Kosogłos" - jest temu buntowi niemal już całkowicie poświęcona.
 Trudno mi ocenić, która z tych pozycji jest najlepsza, ponieważ każda z nich obfituje w ciekawe i często straszne zdarzenia i świetnych bohaterów oraz trzyma w napięciu do samego końca. Być może brzmi to nazbyt entuzjastycznie lub cukierkowo (choć akurat tego przymiotnika trochę ciężko tu użyć), ale czytając te trzy powieści byłam zachwycona. Nie zepsuł tego nawet znienawidzony trójkącik miłosny (trójkąciki to zło) i brutalność.
 Recenzja ta pisana była na szybko i nie jestem z niej do końca zadowolona, ale mam nadzieję, że ujdzie i że wywnioskujecie z niej to, co chciałam przekazać - że trylogia o Głodowych Igrzyskach to po prostu książki warte przeczytania.

Autor: Suzanne Collins
Tytuły oryginalne: "The Hunger Games", "Catching fire", "The Mockingjay"

***

Recenzja - jest! Teraz czas na bazgroł. Zastanawiałam się, czy go tu wstawić, bo nie jest niczym twórczym - chciałam tylko spróbować, czy umiem narysować kosogłosa, i po prostu, zerkając co chwilę na okładkę (skądinąd brudną od odcisków palców), narysowałam logo THG. Zaświadczam, iż nie oczekuję żadnych komplementów (ee? Co ja sobie w ogóle wyobrażam ^^') pod tym względem, bo się nie wysiliłam ani nic, ale stwierdziłam, że zapychanie posta czymś, co ma jakikolwiek związek z jego tematem, może być korzystne.
Ta-daa!

Oto właśnie mój rysuneczek, z wielce prawdziwym podpisem.






To właściwe logo i pierwowzór mego bazgroła. Odciski palców doskonale widoczne.
Tu można sobie porównać szkic z oryginałem, ale trzeba przekręcać głowę, bo nie udało mi się obrócić zdjęcia, mądra ja.
 A teraz ostatni punkt programu, a mianowicie piosenka, która przywodzi mi na myśl właśnie THG. Jest to "This Is War" zespołu 30 Seconds To Mars. (Zdaje się zresztą, że jest nawet kilka wideo z Igrzyskami i tą piosenką). Ale nie ma co owijać w bawełnę. Ta-daa:

(Mam nadzieję, że to wszystko się w ogóle wyświetla...)
Ta piosenka jest epicka <3

Lubicie "Igrzyska śmierci"?
Wasza Bukwa



czwartek, 7 listopada 2013

Show must go on, czyli nie ma to jak pierwszy post!

Hej!

Ekhem.
To jest, jak widać, pierwszy post na moim blogu. Blog będzie prawdopodobnie beznadziejny o książkach, może jakichś bezsensownych przemyśleniach... Generalnie o tym, co mi w głowie piszczy. Skupię się zapewne na książkach i recenzjach, ale nie zamierzam się ograniczać - jeśli znajdę jakiś interesujący temat/problem/cokolwiek, napiszę o tym. Szczerze mówiąc, chciałabym również wstawiać rysunki, ale nie wiem, czy mój "talęt" plastyczny na to zasługuje xD

Jeśli chodzi o mnie, to jestem sobie Bukwa. Czemu Bukwa? Bo mi się podoba to słowo.

Dalej można nie czytać, bo zaczyna się bełkot o kumkwatach.

(Lubię wiele słów: kumkwat, brukiew, ćwikła, brokuł, glutek, źdźbło, krokodyl&łydka, mszaki i widłaki, buka, kupa, wychuchol i lemurek.)

No. To jest pierwszy post. Drugi pojawi się w czasie bliżej nieokreślonym i prawdopodobnie zawierać będzie recenzję trylogii "Igrzyska śmierci" <3

Bukwa