poniedziałek, 8 maja 2017

Afro markiza Marie-Josepha Paula Yvesa Rocha Gilberta du Motier de Lafayette, czyli pięć komentarzy do Hamiltona

Zdaje się, że kiepsko u mnie ostatnio z kreatywnością. Niedawno pisałam o YouTubie. Znowu. A dziś piszę o musicalach. Znowu.

Ja jestem z tych dziwnych kreatur, co bardzo łatwo się zapalają i niestraszny im dziki entuzjazm, i jeśli coś im się spodoba, odczuwają bardzo przykrą dla ludzi wokół potrzebę mówienia o tym na okrągło. W takich momentach blog okazuje się zbawieniem. (Drodzy ludzie wokół - gdy następnym razem dopadnie mnie Szał Dzikiego Entuzjazmu, zachowam go w swym sercu, a potem wypuszczę na wolność w Otchłani. Drodzy ludzie w Otchłani - przygotujcie się na to).



Szał na Hamiltona trwa już ładnych parę lat, jednak o jego istnieniu dowiedziałam się zaledwie kilka miesięcy temu i potrzebowałam kolejnych kilku, by się do niego przekonać. Sama koncepcja brzmi ciekawie i ryzykownie zarazem - biografia jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, Alexandra Hamiltona, opowiedziana rapem. Pewnie znawcy tematu rzekną, że jest to rap mało wymagający (takim istotom, nim jeszcze wszystko przesądzą, polecam Guns and Ships. Ja tam zrywam dramatycznie czapkę z głowy własnej i głów cudzych. Moim zdaniem chyżo. I to z francuskim akcentem, u licha!), mnie jednak, muszę to przyznać, satysfakcjonuje w pełni.

Powiem szczerze - na początku, po przesłuchaniu kilku kawałków, uznałam, że to nic specjalnego (co teraz wydaje mi się dość dziwne, bo pierwsza z najpierwszych piosenek, o wymownym tytule Alexander Hamilton, jest akurat chyba jedną z lepszych. Ma chór, umówmy się. Chór dodaje plus dziesięć do dramatyzmu). Żadnych ciar, żadnych dreszczy, żadnej niepohamowanej chęci wykonania szalonego tańca, żadnych łez, no nic po prostu (bo ja tam lubię gwałtowne doznania i wzruszenia, wiecie). Zewsząd jednak łypały na mnie z jutubowych zakamarków medleye i mashupy, które ciężko było lekceważyć. No i wreszcie natrafiłam na Wait for it, a że i tam udziela się chór, to w końcu coś drgnęło. Przesłuchałam raz. Przesłuchałam drugi raz. Przesłuchałam jakiś siedemnasty raz i uznałam, że dobrze. Wymagany poziom lekko kiczowatego dramatyzmu został osiągnięty. Jedziemy z tym koksem.

Moim zdaniem urok i wartość Hamiltona dostrzec można jedynie po odsłuchaniu całej ścieżki dźwiękowej od początku do końca. Każda piosenka przechodzi płynnie w kolejną, a wszystkie tworzą jedną spójną całość, całość złożoną z konkretnych, przewijających się przez oba akty motywów. Zapoznanie się z soundtrackiem od deski do deski pozwala życiowym przegrywom, którzy naprawdę mają ochotę słuchać jakichś ludzi rapujących przez dwie godziny o ojcu założycielu Stanów słuchaczom przyswoić sobie te motywy, tak by móc następnie szastać nimi na prawo i lewo, czynić na ich temat błyskotliwe uwagi oraz wskazywać je nowicjuszom z lekką pobłażliwością. Nie żeby one były jakieś trudne do wyłapania, no ale zawsze coś. Większości postaci przypisany jest co najmniej jeden, ale żongluje się nimi swobodnie zależnie od sytuacji. Mówię tu zresztą nie tylko o motywach muzycznych, ale i tych występujących w tekście libretta, z których najsłynniejszym jest chyba wers "I'm not throwing away my shot" z piosenki My Shot (te tytuły fascynują, wiem), występujący potem w wielu kawałkach i, co ważniejsze i bardziej interesujące, w wielu znaczeniach.

No właśnie. To, że Hamilton jest zgrabnym splotem pięknie przetwarzanych motywów to pierwsza sprawa. Drugą jest libretto, którego autor, a zarazem kompozytor i odtwórca głównej roli (dobry biznes), zacny człek o nazwisku Lin-Manuel Miranda, został za nie uhonorowany nagrodą Pulitzera. Zdarzają się tam fragmenty, które pewnie trochę pozostawiają do życzenia (partia Lafayette'a w My Shot), ale też takie, które mnie osobiście powalają (monolog Hamiltona, również w My Shot - niepokorna z tego My Shot pieśń). Znajdziemy tu, jak na teksty rapu przystało, kalambury i gierki słowne. Gierki słowne! A mnie naprawdę można bardzo łatwo kupić gierkami słownymi. Oj, łatwo. I nawet eufonie są (przynajmniej ja się ich dopatruję, choć może przesadzam. Lubię się dopatrywać).

Trzecia ciekawa kwestia związana z tym musicalem to postaci. Przede wszystkim liczę na to, że twórca przyjmie Bukwy Ukłony Szacunku za to, że nie uległ realiom historycznym i napisał kilka mocnych utworów kobiecych. Łatwo byłoby przy okazji pisania o osiemnastowiecznym polityku zupełnie pominąć postaci płci pięknej, które w tamtych czasach pozostawały raczej w cieniu. A jednak - są. Są i to zbudowane wnikliwie, zwłaszcza jak na musical. Zresztą wszystkich ważniejszych bohaterów można określić jako zbudowanych wnikliwie, co jest jedną z większych zalet Hamiltona. Oczywiście na pierwszym planie mamy Alexandra, szlachetnego i oddanego sprawie, ale wiecznie zajętego pracą i popełniającego błędy (a konkretnie jeden, feralny, ach!), oraz jego głównego rywala politycznego, Aarona Burra, oportunistę trawionego przez zazdrość - ale przecież nie do końca bezdusznego, czego dowodem Wait for it i przede wszystkim przedostatnia piosenka, The World Was Wide Enough, osiągająca apogeum dramatyzmu, a więc to, co tygryski lubią najbardziej.

To, co też w tym musicalu obiektywnie niezwykłe, to oryginalna broadwayowska obsada, złożona wyłącznie z osób nie-białych (niebiałych? Nie białych? W każdym razie z Afroamerykanów, Latynosów, Azjatów i tak dalej). Zabieg jest interesujący, bo w sposób rażący wizja Alexandra Hamiltona z Portoryko, pojedynkującego się z czarnym Aaronem Burrem, nie zgadza się z prawdą historyczną. No i to afro markiza Marie-Josepha Paula Yvesa Rocha Gilberta du Motier de Lafayette. Tylko że to jest opowieść o Ameryce, o jej początkach, i w gruncie rzeczy sprytne i nieoczywiste jest ukazanie kontrastu pomiędzy tym, co było kiedyś (przez samą fabułę), a tym, co jest w Stanach dziś (wielokulturowość). Nie jestem zwolenniczką tego, by biali nie byli dopuszczani do castingów (nie jestem pewna, jak to wygląda, ale jeśli tak jest, to wolę przezornie zaznaczyć), to przeczyłoby samej idei wielokulturowości - ale zabieg doceniam, bo to też jest, z tego co wiem, coś nowego. Zastanawiam się, jak sprawdzi się w przyszłych latach i czy się utrzyma.

No i wreszcie rzecz ostatnia. Hamilton ma jakiś niewiarygodnie rozbudowany fandom. Szczerze mówiąc trochę mnie on odstraszył na początku - to chyba pierwszy raz, gdy fandom mnie odstraszył! Powstają szalone shipy. Powstają szalone memy. Powstają szalone parodie. Powstają szalone teledyski do różnych utworów z Hamiltona, w których grają istoty ludzkie z przyczepionymi do twarzy wielkimi zdjęciami pokerfejsa Lina-Manuela Mirandy (polecam serdecznie). I te wszystkie rzeczy, muszę to przyznać, mogą nie brzmieć zbyt zachęcająco. Jednak powstaje coś jeszcze, czego jestem za to sporą fanką, a mianowicie animacje. Z braku filmu czy możliwości obejrzenia transmisji z teatru (o samym spektaklu na żywo nie wspominając) lekko zdesperowani, ale za to pracowici fani robią co mogą. Moim faworytem? faworytką? jeśli o animacje do piosenek chodzi jest szin, propsy za fajne podpisy przy obrazkach. Szin jest również, (nie)stety, jednym z chyba najbardziej zagorzałych zwolenników swatania Hamiltona z Johnem Laurensem, mężem stanu i abolicjonistą. Z jednej strony - kusi, oj, kusi (ja jestem swatką z powołania), z drugiej - to przecież postaci historyczne, motyla noga! Jak się do tego ustosunkować? Na początku strategicznie unikałam tematu, ale odkąd ostatnio odkryłam, że na podstawie korespondencji Hamiltona i Laurensa niektórzy biografowie formułują hipotezę o ich więcej-niż-przyjacielskiej relacji, nic już nie jest takie samo. A szin tylko wszystko pogarsza tymi swoimi animacjami. Czy rysunkowy Laurens naprawdę musi rzucać rysunkowemu Hamiltonowi te spojrzenia jak gwiazdy? No naprawdę?! No aż chce się mieć złamane serce, a z drugiej strony te postaci historyczne od siedmiu boleści!

No. Emocje są, jak widać.

Podsumowując, oto pięć kwestii, które chciałam poruszyć. Hamilton jako zgrabny splot pięknie przetwarzanych motywów - jest. Bardzo dobre libretto - jest. Złożone postaci (w tym kobiece!) - są. Słówko o wielokulturowej obsadzie - jest, dziki fandom - jest. Trzy pierwsze kwestie mogą od biedy służyć jako zachęta do zapoznania się z dziełem, którego tytułu nadużywam, bo żeby było wygodniej jest nazwiskiem głównej postaci, tak, do pana mówię, panie Miranda!, dwie pozostałe już niekoniecznie, ale wciąż uznaję je za całkiem interesujące. Po prostu musiałam to wszystko napisać. Oczyszczenie, te sprawy.

Hamilton, choć moim najulubieńszym musicalem nie jest i pewnie nie będzie, utorował sobie drogę do Bukwy serca (a wszystko przez te gierki słowne). Bo mi się podobają teksty. I bity. I krytyka oportunizmu, i apoteoza honoru. I musiałam o tym opowiedzieć.


Kłaniam się i pozostaję Wam wierna, 
Bukwa.